Bicykl(7) , Ciuchy(10) , Humor(75) , Jedzenie(36) , komentarze(3) , Kultura(63) , Miniblog(144) , Mozilla(5) , Nauka(18) , Polityka(16) , Praca(12) , Radio(9) , SeaMonkey(2) , Skrzaty(3) , Tech(151) Tylko mebel(32) , Varia(291) , Zabawki(2) , ziewnik(45) , Zwierzaczki(7) , Życie(330) , London story(4)



kebab, chińczyki i sałatki (surówki?)

07 lutego 2008 | 22:10:11 | Kategorie: Jedzenie, London story, Życie | 7 komentarzy | Permalink

Jako, że ostatnio, głównie z powodu lenistwa i braku czasu, trochę częściej niż bym chciał, zaopatruję się w jedzenie w punktach żywienia zbiorowego zwanych popularnie kebabem lub chińczykiem, to przypomniały mi się serwowane do tego jedzonka „sałatki” lub „surówki”. Czyli w najczęstszym wydaniu biała kapusta szatkowana w wąskie paski i niewielka ilość marchewki. Właśnie. Wąskie paski, ale jakie długie… Z dziesięć centymetrów. Albo i więcej. Nie muszę chyba mówić, że raczej zdecydowana jej większość zostaje na „talerzu” lub w „laptopie”.

Tak jest na przykład w barze na Słodowcu i w paru miejscach gdzieś indziej, w centrum przy Bajce chyba też, na bazarku przy zbiegu Puławskiej, Lotników i Smyczkowej na pewno, w barach na Dworcu Centralnym o ile pamiętam raczej też. Taki masowy produkt. Ciekawe czy jest jeden producent tego, czy wielu?

W barze na rogu Reymonta i Broniewskiego kiedyś też taka była. A teraz właśnie ostatnio nie jest. Jest inna. Składniki drobniejsze i chyba coś więcej niż biała kapusta i marchewka. Ale tu cena też nieco większa niż w Hami na Żeromskiego. I przerobu takiego nie mają. Ale za to są czynni do trzeciej rano, a o dwudziestej drugiej potrafi być kolejka po kebab.

Ale są jeszcze lepsze miejsca, z lepszą surówką. Kebab w Chrzanowie na Dobczyckiej. Pyszny, tani, a ta surówka… Drobno posiekana kapusta, biała i czerwona i parę innych dobrych rzeczy. Nic tylko się oblizywać. Najlepszy kebab w Polsce!

Bo najgorszy kebab, z tragiczną surówką, to jadłem, a może lepiej, usiłowałem zjeść w Londynie. Trzeciego, nie opisanego dnia London story — chyba go już nie będę opisywał. W okolicy Victoria Station przed odjazdem na lotnisko i dwoma piwami. Bułka była jeszcze ok, mięso — wielkie kawały, ledwo odsurowione i do tego wielkie kawały / półplasterki pomidora, cebuli i może czegoś jeszcze. Na dodatek to wszystko ciekło, jakby wodą z olejem. Po chwili trzy funty powędrowały do kosza. Piwo było lepsze. Inne atrakcje też. Mimo niedostatków jedzenia — ja naprawdę nie widziałem żadnych barów i podobnych — raczej przez dwa dni nie schudłem za wiele.

London story — part two — majnd de gap

25 czerwca 2007 | 23:56:37 | Kategorie: London story | 13 komentarzy | Permalink

London story — part one — djabolik maszin «

Obudziłem się po 8 czasu lokalnego, poranne ablucje i jakieś bardziej zaawansowane planowanie co udam się zwiedzać w sobotę, wszystko to czyniąc tak, aby robić jak najmniej hałasu, żeby nie obudzić kuzynostwa. Ale jednak obudzili się i wstali zrobić zapowiedziane śniadanie w stylu lokalnym, które robią wszystkim swoim gościom. Bekon pieczony w piekarniku, fasolka (chyba smażona), dżem i jajko sadzone (hmm, chyba, nie pamiętam dokładnie). Bekon, to takie coś niespecjalnego. Pozwijał się i taki gumowy był. Ani to nasz boczek, ani jakieś inne mięso. Bekon w USA jest według opowieści kolegi taki sam. Najlepsza z tego wszystkiego była fasolka. Za oknem widać było oświetlony przez wschodzące słońce plac przygotowany do budowy budynku, jednak leżący już nie w Westminsterze tylko w City of London. Podzieliłem się wymyśloną trasą, dostałem klucz, dodatkowe wskazówki i poszedłem.

Czytaj dalej...

London story — part one — djabolik maszin

16 grudnia 2006 | 22:32:21 | Kategorie: London story | 16 komentarzy | Permalink

Zgodnie z tym co napisałem, nie miałem zamiaru brać dużego bagażu — tylko bielizna na dwa dni i mapy oraz przewodniki. Nawet ładowarki do telefonu postanowiłem nie brać, przez trzy dni powinien wytrzymać. Zwłaszcza, że z reguły stanowi on tylko obciążenie kieszeni i tam są takie dziwne wtyczki…

Czytaj dalej...

London story — part zero — ar ju krejzi?

19 listopada 2006 | 00:28:31 | Kategorie: London story, Życie | 6 komentarzy | Permalink

Ostrzegam, cała opowieść będzie w kilku częściach i może być nudnawa… Bo ma być spisem pewnych obserwacji i raczej zapiskiem historycznym. Ale może nie będzie aż tak źle?

Jakoś tak w sierpniu odezwala się do mnie siostra: „Wygrałam bilety na samolot do Londynu. Ja już byłam, poza tym z Krakowa nie ma dobrego połączenia. Ty polecisz. Może się uda u Tomka przenocować?”

Mnie zatkało — ja? Przecież sobie nie poradzę, ledwo dukam i przecież to w innym kraju! Ale na jakiś czas sprawa przycichła, bo bilety jeszcze nie zostały odebrane.

Sprawa powróciła pod koniec września, po odebraniu biletów, które okazały się być voucherem na 750 zł na linie Centalwings. Tomek bez problemu potwierdził, że w upatrzonym weekend od 3 do 5 listopada będzie mógł mnie przenocować. Zamieniłem voucher na bilety i powoli zacząłem myśleć jak to tam na miejscu będzie. Ale bardzo powoli… Z perspektywy zdecydowanie zbyt wolno.

Przygotowania — mało intensywne zbieranie map, przewodników, rozmyślania co zabrać, albo czego nie zabrać, przepytywanie znajomych. Co zwiedzić? I o co chodzi z tą kontrolą przed wejściem na pokład, co to za rzeczy, których nie można zabrać w bagażu podręcznym?

Dzień wcześniej wykupiłem tylko ubezpieczenie na trzy dni, na 40 tysięcy Euro, za 15 złotych. W PZU, bo było po drodze do pracy. Bez bagażu, bo uznałem, że wezmę tylko podręczny. Nie udało mi się kupić funtów w bilonie — podobno w kantorze na Grójeckiej mają, ale to za daleko było.

Ale za to naczytałem się o pociągach z lotniska Gatwick do stacji Victoria i biletach na metro oraz autobusy. I o Oysterze — czymś w rodzaju Warszawskiej Karty Miejskiej — Ostryga to widocznie nośna nazwa. Nawet wydrukowałem sobie rozkład jazdy pociągów

Ciąg dalszy sprawozdania z wycieczki mam nadzieję nastąpi…

lemiel@jabber.wp.pl

nie ma mnie

mail: lemiel na wp.pl