kebab, chińczyki i sałatki (surówki?)
07 lutego 2008 | 22:10:11 | Kategorie: Jedzenie, London story, Życie | 7 komentarzy | Permalink
Jako, że ostatnio, głównie z powodu lenistwa i braku czasu, trochę częściej niż bym chciał, zaopatruję się w jedzenie w punktach żywienia zbiorowego zwanych popularnie kebabem lub chińczykiem, to przypomniały mi się serwowane do tego jedzonka „sałatki” lub „surówki”. Czyli w najczęstszym wydaniu biała kapusta szatkowana w wąskie paski i niewielka ilość marchewki. Właśnie. Wąskie paski, ale jakie długie… Z dziesięć centymetrów. Albo i więcej. Nie muszę chyba mówić, że raczej zdecydowana jej większość zostaje na „talerzu” lub w „laptopie”.
Tak jest na przykład w barze na Słodowcu i w paru miejscach gdzieś indziej, w centrum przy Bajce chyba też, na bazarku przy zbiegu Puławskiej, Lotników i Smyczkowej na pewno, w barach na Dworcu Centralnym o ile pamiętam raczej też. Taki masowy produkt. Ciekawe czy jest jeden producent tego, czy wielu?
W barze na rogu Reymonta i Broniewskiego kiedyś też taka była. A teraz właśnie ostatnio nie jest. Jest inna. Składniki drobniejsze i chyba coś więcej niż biała kapusta i marchewka. Ale tu cena też nieco większa niż w Hami na Żeromskiego. I przerobu takiego nie mają. Ale za to są czynni do trzeciej rano, a o dwudziestej drugiej potrafi być kolejka po kebab.
Ale są jeszcze lepsze miejsca, z lepszą surówką. Kebab w Chrzanowie na Dobczyckiej. Pyszny, tani, a ta surówka… Drobno posiekana kapusta, biała i czerwona i parę innych dobrych rzeczy. Nic tylko się oblizywać. Najlepszy kebab w Polsce!
Bo najgorszy kebab, z tragiczną surówką, to jadłem, a może lepiej, usiłowałem zjeść w Londynie. Trzeciego, nie opisanego dnia London story — chyba go już nie będę opisywał. W okolicy Victoria Station przed odjazdem na lotnisko i dwoma piwami. Bułka była jeszcze ok, mięso — wielkie kawały, ledwo odsurowione i do tego wielkie kawały / półplasterki pomidora, cebuli i może czegoś jeszcze. Na dodatek to wszystko ciekło, jakby wodą z olejem. Po chwili trzy funty powędrowały do kosza. Piwo było lepsze. Inne atrakcje też. Mimo niedostatków jedzenia — ja naprawdę nie widziałem żadnych barów i podobnych — raczej przez dwa dni nie schudłem za wiele.
lemiel@jabber.wp.pl