Bicykl(7) , Ciuchy(10) , Humor(75) , Jedzenie(36) , komentarze(3) , Kultura(63) , Miniblog(144) , Mozilla(5) , Nauka(18) , Polityka(16) , Praca(12) , Radio(9) , SeaMonkey(2) , Skrzaty(3) , Tech(151) Tylko mebel(32) , Varia(291) , Zabawki(2) , ziewnik(45) , Zwierzaczki(7) , Życie(330) , London story(4)



pomysł na kiedyś czyli Jar Jar Binks Migalski

29 stycznia 2012 | 23:01:50 | Kategorie: Polityka, Życie | 4 komentarze | Permalink

W dzieciństwie prawie każdy chciał być kolejarzem, strażakiem, marynarzem, wojownikiem z mieczem w białym stroju kąpielowym, żołnierzem, pisarzem, drwalem, pielęgniarką, kosmonautą, kierowcą dźwigu, lekarzem, panem z radia, superbohaterem, lekarzem, nauczycielką, sędzią, policjantem, sprzedawcą w sklepie, ninją, maszynistą, pilotem samolotu, odkrywcą, piłkarzem.

A ja nie.

W sumie nie pamiętam, żebym chciał być kimś konkretnym.

Ostatnio zastanawiałem się niezobowiązująco, co by tu robić za te kilka lat jak mi się znudzi to co robię obecnie albo zmienią się uwarunkowania. Nic specjalnego nie wymyśliłem wtedy. Ale jak się rozpętała się burza wokół ACTA i kolejni posłowie opowiadali jak to głosowali, nie wiedząc za czym dokładnie, i że to standardowe postępowanie, to postanowiłem, że zostanę posłem. Nie muszę przecież pokazywać się co tydzień w TV czy radiu. Ważne, żeby wiedzieć co się robi, za czym głosuje i temu podobne. Wystarczy nauczyć się szybkiego czytania i tych innych mnemotechnik, które będą tu jak znalazł i można się reklamować hasłem w rodzaju: „Przeczytam ze zrozumieniem wszystko co będzie uchwalane”, czy jakoś tak. Zawsze można dać zarobić dobremu copywriterowi. A nuż widelec fotomontaż. A jak nie wyjdzie, to zawsze mogę być rentierem :P .

Jar Jar Binks oczywiście z powodu wniosku o przyznanie nadzwyczajnych uprawnień Palpatine'owi. A Migalski sam się przyznał, że nie wiedział za czym głosuje.

Kolejny stopień wtajemniczenia

23 stycznia 2012 | 23:54:45 | Kategorie: Skrzaty, Życie | 2 komentarze | Permalink

Jak wieść gminna niesie, ustami dziadka po kądzieli przekazywana, jak dziecię zrobi Ci kupę na rękę, to będziesz bogaty.

Jest to co prawda trudno weryfikowalne, ale jakby się miało sprawdzać, to ten przypadek po dzisiejszym(wczorajszym) wieczorze mam już zaliczony. I łatwiej mi zrozumieć, jak to może się zdarzyć, że dziecię kochane może zrobić rodzicielowi kupę na głowę przy przewijaniu. Nie trzeba wcale specjalnych akrobacji i zdarzyć się może całkiem łatwo.

Podziwiam też czasy przed pampersami, a zwłaszcza tych rodziców piorących tetrę. Bo o ile teraz spłukać taką niezbyt częstą niespodziankę prysznicem w każdym domu będącym jest łatwo, to co oni wtedy robili, jak to się działo kilka razy dziennie - szorowali szczotkami? - Prysznic w pewnych częściach świata nie jest od zawsze. Ale i teraz ta tetra jakaś taka delikatna i byle jaka. Chociaż nie sprawdzałem w markowych sklepach typu Smyk, czy mają tam może inną, lepszą niż w supermarketach.

Zielona mila

13 stycznia 2012 | 23:38:24 | Kategorie: Kultura, Życie | 23 komentarze | Permalink

Przez długi czas broniłem się przed obejrzeniem tego filmu mimowolnie ignorując jego wielokrotne emisje tu i ówdzie, ale dzisiaj był jego dzień i z doskoku odrobinę obejrzałem oraz poznałem większość historii. I już dokładnie wiem dlaczego nie chciałem go oglądać. Jak mało kiedy wystarczało mi niedopowiedzenie. No cóż, straciłem „dziewictwo”...

Trzeba znaleźć intensywną odtrutkę.

Ojcowska troska

13 listopada 2011 | 17:18:45 | Kategorie: Skrzaty, Życie | 15 komentarzy | Permalink

Jakiś czas temu przeczytałem książkę Lisy Gardner "W ukryciu". Duże wydarzenie, bo zapisałem się do miejskiej biblioteki. Pomysł na historię dobry, a ona dobrze opowiedziana i przyjemna do czytania. Niestety powód zaistnienia jednego z dwóch powiązanych wątków głównych całkiem beznadziejny i głupi. I tylko więzy rodzinne mogą tłumaczyć takie zachowanie bohatera. Który jednak po popełnieniu tej głupoty starał się nieźle przygotować do życia w sposób jaki wybrał, ćwiczył karate, zdobywał wiedzę z szeroko pojętej sztuki przetrwania i przekazywał ją córce. Między innymi. W jakiś tam sposób dbał o nią.

Z okazji pojawienia się Skrzatów przemykają mi przez głowę podobne myśli o dbaniu o nie. Ekonomia świata jest jaka jest. Idiocenie części otaczającego społeczeństwa robi swoje. Przyswajalność wiedzy przez dzieciaki w szkołach również i wpływ internetu na to. Są oczywiście wyjątki, ale według przysłowia potwierdzają regułę. Bo przecież mleka nie produkuje się w supermarketach. Może niekoniecznie powinno być to przygotowanie się na apokalipsę po wojnie jądrowej, ale coś zawsze.

A na chwilę obecną to na przykład zrywanie się w środku nocy i sprawdzanie z latarką w ręce Skrzatów śpiących dwa metry obok w łóżeczku, czy oddychają i czy mają ciepłą skórę albo nie mają gorączki. Po prostu takie małe wariactwo. Albo budyń w mózgu. Jak kto woli.

Z perspektywy trzech tygodni

12 listopada 2011 | 22:33:41 | Kategorie: Skrzaty, Życie | 9 komentarzy | Permalink

Trzy tygodnie minęły. Chciałbym coś sensownego napisać, ale nic takowego nie przychodzi mi do głowy.

Wciąż trochę ciężko mi uwierzyć, że Skrzaty są prawdziwe. Ale są. Świadczą o tym wybrane nieprzespane godziny w środku nocy albo nad ranem. Czy zastopowane położenie się do łóżka około 23. Ale oczywiście ich uśmiech (no wiem, że to raczej mało świadome teraz) i przyglądanie się światu zdziwionym wzrokiem to nagradza. Oraz uśmiech i przytulanie się do żony tak jak w tej chwili. Można bo maluchy śpią jeszcze po kąpieli. Kąpieli, na którą idzie chyba więcej wody niż ja sam zużywam albo tylko tak mi się wydaje. Szkoda tylko, że „laba” się kończy i trzeba będzie wrócić do pracy.

Nie chce mi się pisać, że takie pieluchy najlepsze (a cztery modele wypróbowane), czy tam coś innego dobrego albo i nie jest. Może kiedyś. W końcu o seo też trzeba dbać ;) .

Jednak jest coś ważnego — muszę nauczyć się jakichś piosenek (Fasolek na przykład), bo moja radosna twórczość słowna w rytmie czegoś mało konkretnego nie jest powodem do dumy.

Zima w USA i przemyślenia

01 listopada 2011 | 13:58:03 | Kategorie: Varia, Życie | 4 komentarze | Permalink

Przeczytałem dwa maile na grupie dyskusyjnej od kolegów krótkofalowców z USA i Kanady z minionego weekendu. Jeden z nich miał wyjechać do innego, z Vernon do East Kilingly na wschód w kierunku Bostonu, a drugi z Toronto w okolice Berkshire. Opisali opady śniegu i co się dzieje w ogrodzie i miasteczku, a ten drugi jak się jedzie na trasie.

Kojarzy mi się to z opisami burz śnieżnych z książek o kowbojach i indianach (chyba z Coopera bo niekoniecznie z Corwooda) oraz najbardziej chyba z apokaliptycznej „Samotności Anioła Zagłady" Roberta J. Szmidta, w której obrazy działania pozostawionej samej sobie naturze po naszych przeróbkach dają do myślenia.

Trochę też z tym.

Pora na naukę podstaw i survivalu?

Kalendarz na następne 10 lat (albo i więcej)

08 października 2011 | 21:30:47 | Kategorie: Tech, Życie | 12 komentarzy | Permalink

Przy okazji ostatniego szczepienia przeciw tężcowi po „głębokim” wdepnięciu na zardzewiałego gwoździa zacząłem się zastanawiać gdzie i jak zapisać datę takiego szczepienia. Żeby przez następne 10 lat nie wpadać w panikę przy okazji ponownego bliskiego spotkania trzeciego stopnia z zardzewiałymi metalami albo brudnymi kolcami w ogrodzie (w „Było sobie życie” chłopczyk chorował na tężec po ukłuciu się bodajże kolcami róży przy jej przesadzaniu) nie zastanawiać się kiedy to było i co to było. I nie decydować się na desperacką wizytę o 23 w szpitalu miejskim (pozdrawiam bardzo miłego pana doktora i panie pielęgniarki) i zakup szczepionki i surowicy za kilkadziesiąt złotych.

Bo, na przykład, kartkę o szczepieniach przeciwko żółtaczce A i B mogę nosić w „dokumentach”. Ale o tych na tężec nie wydają? Jako, że co najmniej miesiąc już minął, to nie pamiętam jakie przykłady takich ważnych wpisów miałem w głowie jak wymyślałem ten wpis. A na Blipie nie chce mi się szukać (a tylko via Google Reader chyba się da — bo pamięta w feedzie stare wpisy, chociaż nie wszystkie, bo np. tego o plakatach wyborczych z pewnym samochodem tam nie zobaczyłem, tak jak i w kokpicie, chociaż mi opowiadano, że był).

Macie jakiś pomysł? Nic kreatywnego nie wymyśliłem. A klasyczny kalendarz typu Moleskin(?) to raczej nie wchodzi w rachubę, bo ja nie Alicja z książek Chmielewskiej i u mnie by się nie sprawdził. Zresztą, jak go szybko przeszukać, jak będzie leżał w pudle np. na strychu 40 km stąd? A kto wie, czy za 10 lat będziemy jeszcze korzystać ze społecznościówek — no i jak tam to znaleźć w tonie śmieci o np. smakującym winie z Biedronki?

poczułem to na poważnie

04 października 2011 | 21:53:09 | Kategorie: Życie | 17 komentarzy | Permalink

Przez kilka ostatnich miesięcy jakoś mocno do mnie nie docierało, że będę ojcem. Po prostu wiedziałem, że tak będzie. Cieszyłem się i dalej cieszę się bardzo. Oczywiście przygotowania praktycznie zakończone. Ale tak jakoś bez tego czegoś co nie wiem jak nazwać. A tu dziś, kilka minut temu, przy jakby się wydawało standardowym odczuwaniu ręką ruchów tych malutkich rączek albo nóżek przez brzuch żony, poczułem to coś. To coś. I razem z tym wzruszenie. I panika. Bo to już za chwilę. Ale chyba nie zacznę się bać. W końcu nie ma czego. Pełno pracy i zabawy oraz frajdy. Będzie fajnie! Wiesz?

Prowincjusz

22 września 2011 | 21:32:15 | Kategorie: Życie | 7 komentarzy | Permalink

Dwadzieścia dwa dni temu minął rok jak cichaczem, późnym wieczorem wyprowadziłem się z Warszawy. Półtorej godziny zajęło mi upychanie dobytku do samochodu aż po dach. Po czterech godzinach byłem już w nowym domu. Rozładowywanie zajęło już tylko połowę czasu. Ale w środku nocy można było zastosować inny system transportu, bez oglądania się na podpitych panów „na emeryturze”.

Kilka razy od tego czasu byłem w Warszawie. Przedostatnim razem w kwietniu tego roku. I chyba po najdłuższej przerwie — po pięciu miesiącach w ubiegłym tygodniu. Przyjechałem w porze wieczornego szczytu powrotów z pracy. Cóż robić o tej porze? Wybrałem się na spacer wzdłuż Alei Jerozolimskich i okolic.

I poczułem się jak tytułowy prowincjusz w stylu „Dziewczyny z Mazur”. Niby niewiele, ale jednak to miasto się zmieniło. Bardzo. Bo to odczucie było zbliżone do tego jakie miałem w czasie wizyty w Londynie w 2006. Z perspektywy miejscowości dwadzieścia razy mniejszej i biurowca na wsi, tuż obok pola, z którego właśnie zebrano ziemniaki i nawieziono świeżym obornikiem, był to wręcz szok.

Tu gdzie teraz jestem, jest mi dobrze i nie mam ochoty na zmianę. Przynajmniej nieprędko. Bo inne zmiany czekają w kolejce.

Żona i okolice

02 czerwca 2011 | 22:19:21 | Kategorie: Życie | 5 komentarzy | Permalink

Minęło kilka miesięcy. Żadna tam okrągła miesięcznica, czy inna tygodnica albo wręcz rocznica. Tak po prostu. (Chociaż od pierwszej randki minęło okrągłe 3 lata, 3 miesiące i 1 dzień :D .) Nie wiedziałem, czego się spodziewać po takiej drobnej zmianie w życiu, to jednak nic się nie zmieniło. Po przeprowadzce. Bo przeprowadziłem się też. W końcu ileż można "wozić słoiki z jedzeniem do Warszawy", w której przecież nie ma wcale sklepów spożywczych (#sloiki i Warszawskie Słoiki).

Zmiany, cóż, na lepsze. Nie muszę wstawać w poniedziałek o 5:00 by popędzić na pociąg, a zamiast tego usiłuję wstać w dni powszednie o 5:30 i przejechać kilkadziesiąt kilometrów w samochodzie do pracy - komunikacją zbiorową się niestety nie da. Tyle, że w biurze mogę być maks. do piętnastej, a to jest olbrzymi plus.

Ważniejsze jednak są te cztery noce więcej z Nią śpiącą obok. No i teraz siedzącą przy moim boku.

To, że spędzam w domu zdecydowanie mniej czasu przy włączonym komputerze też jest bardzo pozytywne. Ale po prostu mam inne zajęcia… Pomimo tego, że nie pozwala to, jak mi się przed zmianą wydawało, na większe zaangażowanie w pracę w ramach Aviary.pl.

Gorzej jest też z ilością czytanych książek. Kilka godzin w pociągach i autobusach odeszły w siną dal. A wieczorami nie da się długo czytać, bo zwykle po pięciu minutach oczy zamykają się same.

Za to jest wspólne przygotowywanie posiłków, spacery, niespodzianki i inne przyjemności.

Tego, że Ona jest tuż obok nie zamienię na nic innego.

No nic, pora na kąpiel i spać.

« Wcześniejsze wpisy |

lemiel@jabber.wp.pl

nie ma mnie

mail: lemiel na wp.pl