Bicykl(7) , Ciuchy(10) , Humor(75) , Jedzenie(36) , komentarze(3) , Kultura(63) , Miniblog(144) , Mozilla(5) , Nauka(18) , Polityka(16) , Praca(12) , Radio(9) , SeaMonkey(2) , Skrzaty(3) , Tech(151) Tylko mebel(32) , Varia(291) , Zabawki(2) , ziewnik(45) , Zwierzaczki(7) , Życie(330) , London story(4)



był sobie przepis albo kostka masła

22 czerwca 2010 | 21:10:36 | Kategorie: Jedzenie | 15 komentarzy | Permalink

Kupowałem dziś bułki (albo jak ktoś woli kajzerki) w sklepie firmowym jakiejś piekarni. Dawno, dawno temu, będzie z pięć lat (nie pamiętam), bywały w nim kokosanki, które kilka razy zdarzyło mi się kupić. Niestety teraz nie ma, pani sprzedająca twierdzi, że nigdy nie było. Oczywiście jest to inna pani niż wtedy (w sumie, cały czas pracować w jednym sklepie?). Nie ma, ale nagle przyszła ochota. Jakiś czas temu narzeczona mi zrobiła, ale teraz nie ma jej tuż obok, to mi nie zrobi, sam muszę. „Normalny” sklep obok, składniki kupione, przepis przedyktowany. Pora się zabrać za wyrabianie „ciasta”.

I teraz niewielka konsternacja. Ile to jest ćwierć kostki masła? Jakiej kostki? Takie o wielkości 250 gramów to chyba pamiętają tylko jeszcze Ci, którzy stali w kolejkach po chleb i mleko. To może jednak 200 gramowa? Bo te po 175 gramów to wynalazek potrzeby taniej kostki masła do walki z margarynami, w sumie też wcale nie takimi tanimi.

I bądź tu mądry, ale nie pisz wierszy.

Brukselka

05 kwietnia 2010 | 23:11:11 | Kategorie: Jedzenie | 62 komentarze | Permalink

Moje Kochanie robi sobie obiad na jutro. Zupę jarzynową. Z mrożonki. I na koniec gotowania wyjmuje z garnka brukselki pytając mnie podstępnie, czy przypadkiem nie mam ochoty na jedną albo pięć, bo ona nie chce. Ja oczywiście też nie chcę. Nie znoszę brukselki. Zastanawiamy się po co Oni dodają te brukselki? Kto to je?

A czy Ty lubisz brukselkę?

Szybki wypad na rosół czyli szybki klient

06 marca 2010 | 22:35:17 | Kategorie: Jedzenie, Życie | 7 komentarzy | Permalink

Dziś na obiad była nielubiana przeze mnie kalafiorowa, to tylko drugie danie po dniu pełnym aktywnego wypoczynku to było zbyt mało. A jako, że rosołu dawno nie jadłem, to przy okazji wieczornego wypadu do aquaparku postanowiłem zahaczyć o jakąś jadłodajnię, w której takowy będę mógł zjeść. Ograniczenie terytorialne - Krupówki. Pierwsza karczma, trochę ludzi w niej, siadamy przy wolnym stoliku najbliżej wejścia. Przez pięć minut nikt nie podchodzi, a dwie kelnerki się kręcą, jedna nawet stoi dwa metry od nas i się patrzy. Kapela przygrywa. Rosół w menu po 7,50 - no nie jest to najtaniej, ale drogo też nie, w sumie. Wychodzimy. Ze sto metrów dalej następna karczma - „Bacówka”. Miejsc jakby więcej, kapela też przygrywa. Pytam pani czy w menu jest rosół. Jest. Zamawiam. Po dwudziestu sekundach inna pani przynosi. Proszę od razu o rachunek, po chwili też jest. Oczywiście jem ten rosół, bo dobry. Nie czuć w nim za dużo glutaminianu sodu. Okazuje się być o jedną trzecią droższy, ale jego ilość też nie jest miniaturowa. Pani za szybką obsługę dostaje napiwek (oczywiście adekwatny do ceny potrawy, bo bez przesady jednak). Zjadłem i wychodzimy. Zastanawiamy się z „Jane”, czy nie byłem w tej karczmie najkrócej przebywającym klientem, bo pięć minut to nie trwało…

Przepis na pyszne, prawdziwie slołfudowe jedzenie

20 lutego 2010 | 22:52:13 | Kategorie: Humor, Jedzenie, Varia | 25 komentarzy | Permalink

Kromka chleba ze śmietaną i cukrem jest pyszna. Proste, zdrowe i pożywne jedzenie. Na dodatek jakie ekologiczne, czysta odmiana od fastfoodów. Ale jak to zrobić? Tak z niczego trochę trudne. A na dodatek, żeby było zdrowe, to trzeba się trochę napracować.

Zacznijmy od śmietany. Dobra, czyli swojska. Z własnego mleka. A własne mleko to oczywiście własna krowa. Ale nie będziemy kupować pierwszej lepszej krowy. Wyhodujemy własną.

Ale żeby móc ją hodować, to przydałoby się jakieś gospodarstwo. Kupujemy takie małe. Dom, budynki gospodarcze i około 3 ha ziemi. I już mamy miejsce na krówkę, bo i stajnia jest i pastwisko - przeznaczymy na nie jeden z trzech hektarów.

Kupujemy jałówkę. Czekamy aż podrośnie na tyle, żeby zaprowadzić ją do byka albo byka przyprowadzić do niej. Udało się, będzie cielątko. Czyli z cielęciem będzie już też mleko. Doimy krowę. Potrzebne będzie czyste wiadro na mleko, wiadro z czystą ciepłą wodą, ręcznik i stołeczek. Przystawiamy stołeczek do krowy, siadamy na nim, czystą wodą myjemy wymiona. I jak już umyliśmy i wytarliśmy, to podstawiamy wiadro i rytmicznymi ruchami wyciskamy mleko. A jak jest mleko, to i śmietana, którą z niego zbierzemy. A ze śmietanki można ewentualnie ubić masło jak będziemy jej mieć za dużo ;)

Ale potrzebny nam jeszcze chleb. Na drugim hektarze siejemy pszenicę. Uprzednio go nawożąc, najlepiej oczywiście naturalnie - w końcu mamy krowę - azotem, fosforem i potasem. Potrzeba ze 250 kilogramów ziarniaków. Zbierzemy 25-30 kwintali (2500-3000 kilogramów). Wystarczy na duużo chleba. Zmielimy ziarniaki i będzie mąka. Drożdże na zaczyn można kupić w sklepie.

Ale skoro chleb ma by jak najbardziej naturalny, to nie można używać tych dziwnych wynalazków automatycznie wyrabiających ciasto i pieczących chleb. Do wyrobienia ciasta trzeba użyć dzieży. Do pieczenia chleba należy wymurować piec chlebowy! A w piecu palić tylko drzewem bukowym z własnoręcznie zbieranych w lesie (po uzyskaniu wcześniej zgody leśniczego) suchych gałęzi.

No tak, a cukier? Nie może przecież być z melasy z buraka cukrowego. Musi być z trzciny cukrowej. Na jej uprawę przeznaczymy trzeci hektar - nie muszę dodawać, że powinien on być w tropikach. Na posypanie kromki chleba ze śmietaną wystarczy. Siejemy, po 11-24 miesiącach zbieramy. Przepuszczamy łodygi i liście przez prasy. Uzyskany sok podgrzewamy i poddajemy defekacji wapnem. Odparowujemy wodę, afinujemy i saturujemy mlekiem wapiennym i ditlenkiem węgla (a co!) lub kwasem fosforowym. Odbarwiamy za pomocą węgla aktywnego i możemy już krystalizować przez odparowanie wody i suszenie. I już mamy kryształki na chlebek.

Czyli bierzemy kromkę świeżo upieczonego chleba, dając mu tylko ostygnąć, polewamy śmietanką zebraną z odstanego mleka z poprzedniego udoju. Sypiemy wysuszonymi kryształkami cukru.

Ilość porcji: dwie.
Ilość kalorii: a kto by się przejmował.
Czas przygotowywania: pomijalny, bo co to są w końcu dwa lata na uprawę trzciny albo wyhodowanie krowy.
Smak: niezapomniany.

Ale żeby ten smak był jeszcze lepszy to skrapiamy wszystko bulionetką Knorra. Wołową, w końcu mleko od krowy jest.

Nie pomyślałem żeby dopisać, że ten wpis jest pozytywnie dedykowany przez ostatnie zdanie niejakiej Maire…

Brudne jedzenie jest pyszne!

17 stycznia 2010 | 19:03:59 | Kategorie: Jedzenie | 5 komentarzy | Permalink

Bierzemy pyszny, czysty chlorek sodu, wkładamy w układ koloidalny bliski smogowi powstałemu ze spalania niecałkowitego drewna i trzymamy w nim przez jakiś czas. Po tym czasie, rzędu kilkuset godzin, wyjmujemy z tego smrodu i rozkoszujemy się namiastką smaku wędzonki i zapachem dymu. Smacznego.

Czy własnoręczne wędzenie pozwoli coś zaoszczędzić? Nie sądzę, cena kilkograma takiego produktu w okolicach dwustu złotych boleśnia zderza się z ceną drzewa zużytego do wytwarzania dymu w czasie tych kilkuset godzin oraz wódki (nawet tej co sama goni po rurach) wypitej przez pilnujących, by ogień nie wygasł.

A by otrzymać pyszne wędzone mięsko wystarczy powędzić go trzy-cztery godziny. Oraz można odkroić skórkę. A spróbujcie odkroić skórkę od ziarenka soli. Nawet dużego ziarenka.

Nadmiar soku pomidorowego

28 sierpnia 2009 | 11:40:57 | Kategorie: Jedzenie, Miniblog | 24 komentarze | Permalink

Ciekawe, czy litr soku pomidorowego wypijany każdego dnia może być szkodliwy?

tężec pomidorowy

19 czerwca 2009 | 00:15:06 | Kategorie: Jedzenie, Miniblog | 2 komentarze | Permalink

Nigdy więcej koncentratu pomidorowego w puszce. Nawet na trzeźwo można się skaleczyć i nabawić jakiegoś „pomidorowego tężca”. Niech już będą w tej kawalerskiej kuchni te malutkie, do niczego później nie przydatne słoiczki, bo przynajmniej bezpieczniejsze są.

Przednówek? Jaki przednówek!

24 kwietnia 2009 | 00:40:54 | Kategorie: Jedzenie, Miniblog, Życie | 1 komentarz | Permalink

Tak jakoś niespodziewanie w ciągu ostatnich dwóch miesięcy przytyłem 4 kilogramy. Sam nie wiem jak i kiedy. Podejrzewam tylko jedną taką dłuższą konferencję w górach z nadmiarem jedzenia trzy razy dziennie. Ale żeby tak zostało na stałe? Kolejny rok na karku się do tego też przyłożył? Czary-mary…

zapasy jedzenia

05 lutego 2009 | 23:56:02 | Kategorie: Jedzenie, Życie | 13 komentarzy | Permalink

Zastanawiam się po co mi trzy puszki kolorowej fasoli z Bonduelle i pięć puszek tuńczyka w różnych stanach świadomości? Albo kilka słoiczków żurawiny z Łowicza? No ten tuńczyk to jeszcze bym zrozumiał, bo jak jeszcze regularnie na siłownię chodziłem (półtora roku temu!?) to jeden kulturysta mi opowiadał, że tym się w dużych ilościach żywi, a fajnie wyglądał, to pomyślałem, że może, w końcu ryby zdrowe są. Ale fasola której nie cierpię? Bo żurawina to do obiadów, których właśnie od około roku-półtora już sam praktycznie nie gotuję. A ile razy byłem głodny na zakupach też nie chcę wiedzieć. Ale za to puszki z brzoskwiniami i ananasem w syropie zabieram jutro do pracy osładzać sobie codzienny trud i znój. Albo uzupełnić zapasy w innej szufladzie, z której tylko herbata, cukier i sok cytrynowy znikają…

Czyli zachodzi pytanie gdzie ja przez ten ostatni rok z okładem byłem. Ktoś wie? Bo ja mam tylko mgliste pojęcie.

A to wszystko stąd, że posprzątałem pewną szufladę…

niepełnoletni koneserzy dobrego piwa

14 stycznia 2009 | 21:11:27 | Kategorie: Jedzenie, Polityka, Życie | 46 komentarzy | Permalink

Wieczór, bo już po dwudziestej, mały sklepik tuż przy ulicy.
— Dobry wieczór.
— Dobry wieczór.
— Jest Ciechan Miodowy?
— Jest.
— To poproszę dwa.
— A dowód mogę zobaczyć?

Czytaj dalej...

« Wcześniejsze wpisy |

lemiel@jabber.wp.pl

nie ma mnie

mail: lemiel na wp.pl