Bicykl(7) , Ciuchy(10) , Humor(75) , Jedzenie(36) , komentarze(3) , Kultura(63) , Miniblog(144) , Mozilla(5) , Nauka(18) , Polityka(16) , Praca(12) , Radio(9) , SeaMonkey(2) , Skrzaty(3) , Tech(151) Tylko mebel(32) , Varia(291) , Zabawki(2) , ziewnik(45) , Zwierzaczki(7) , Życie(330) , London story(4)



fałszywe ubłocenie w kolorach widzianych w sepii

25 lipca 2008 | 22:54:26 | Kategorie: Bicykl, Varia, Życie | 7 komentarzy | Permalink

Grzecznie skończyłem czytać książkę i zamierzałem zdjąć rower z haka by odbyć leniwy spacerek. Ale niestety ledwo wstałem od stołu za oknem coś zaszumiało i zabrzęczało na parapecie. Wyglądam przez okno — deszcz. Grube krople. Za moment dosłownie ściana wodnych pocisków. I momentalnie kałuże na asfalcie pod oknem. (Asfalcie, którego w tym miejscu nie cierpię.) Zacząłem tracić nadzieję, że „spacer” będzie możliwy. Ale przecież są wakacje i mogę się ubłocić. Na emeryturze już nie będzie wypadało…

Zdjąłem rower z haka, ubrałem kask i okulary przeciwsłoneczne. I pojechałem przez kałuże oglądając świat w takich dziwnych kolorach. Niby bogata paleta barw, ale w takich żółto-brązowych odcieniach. Czyżby okulary przestawiły się na tryb filtrowania do „sepii”. Nic to, pojechałem dalej. I tak coraz bardziej sucho. Na Broniewskiego (200 metrów dalej) raczej już nic nie było, ale dopiero na Kochanowskiego (z 500 metrów dalej) zorientowałem się, że coś nie gra z wilgocią na ścieżce rowerowej…

I tak z błotnej kąpieli nici wyszły…

Rowery dla leworęcznych?

30 maja 2008 | 22:09:26 | Kategorie: Bicykl, Tech | 9 komentarzy | Permalink

Dziwne takie pytanie, rowery dla leworęcznych, nie? No bo to w sumie jak to? Prawie jak pytanie o 10 przykazań w wersji dla kobiet. Bo w sumie co za wpływ to ma na używanie roweru? Bo rower do jeżdżenia służy. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że może dotyczy to manetek hamulców, bo tylny powinien być pod bardziej sprawną ręką. Bo dla manetek przerzutek nie wydaje się by miało to znaczenie. Dzwonek, lampka — tym bardziej nie.

No właśnie, co więc?

Czytaj dalej...

Rower w lutym

02 lutego 2008 | 19:20:20 | Kategorie: Bicykl, Życie | 20 komentarzy | Permalink

To bardzo interesujące doznanie. Mimo pięciu stopni powyżej zera bez narciarskiej bielizny z teksturowanego jedwabiu wróciłbym się do mieszkania po stu metrach. A tak, dwadzieścia trzy kilometry spaceru. Przez Żoliborz nad Wisłę standardową ścieżką rowerową. A Wiśle mało wody, ale tak jakoś dość szybko płynęła…

Późne popołudnie, więc nie dziwne, że pustki — przecież to, że jest drugi luty, nie ma kompletnie znaczenia. Mimo tego spotkałem aż trzech rowerzystów, trzech biegaczy, jednego nawet dwa razy — dogonił mnie jak zawróciłem, jednego chłopaka na deskorolce i uwaga, jednego pana, jak nic po sześćdziesiątce, na rolkach! Przyznaję, zaskoczony jestem okrutnie.

Jeszcze tylko coś, żeby w uszy tak nie wiało i bardziej ergonomiczne spodnie. Chociaż zmarzły mi tylko kciuki i ich odpowiedniki na nogach…

ubraniowy dramat

22 września 2007 | 14:03:45 | Kategorie: Bicykl, Ciuchy, Miniblog, Życie | 4 komentarze | Permalink

Dramat. „Rowerowe” spodnie schną po praniu ze smaru, który pojawił się na nich po „prawie upadku”. Nie mam czego sobie ubrać… A dwie szafy pełne…

A miałem się opalać…

26 sierpnia 2007 | 17:12:21 | Kategorie: Bicykl, Życie | 4 komentarze | Permalink

Ale na wczorajszych pieczonych umówiliśmy się na wycieczkę rowerową. Wstałem bladym świtem o ósmej i standardowo: prysznic, śniadanie, prasowanie koszulki i smarowanie łańcucha. O 9:15 wyruszyłem na spotkanie o 9:30 w punkcie zbiórki. Po 18 minutach i 7 kilometrach dotarłem. Główny pomysłodawca już czekał i nawet robił mi zdjęcia na podjeździe. Po chwili dotarła koleżanka i pojechaliśmy w nieznane , czyli w okolice zalewu „Nad tamą” na Chechle. Mieliśmy się tam spotkać z kolegą, ale on pewnie wstał równie bladym świtem jak ja i z niecierpliwości nie mógł się nas doczekać, więc wyjechał nam naprzeciw.

Luźnym celem wyprawy był zamek Tęczyńskich w Rudnie i piwo w stodole. Więc kierunek Puszcza Dulowska. Płasko. Jedzie się całkiem przyjemnie. Mijamy słynną brzozę z gniazdem szersze obok punktu odpoczynku i panów raczących się piwkiem. Docieramy do kosmicznych kopuł RMFu. A tu niespodzianka, Stalexport wybudował obok punkt obsługi autostrady i budynek też przykrył półkulistym dachem…

Zostało dwa kilometry, w tym z pięćset metrów podjazdu pod górę. Dajemy radę, w końcu, co to dla nas. Docieramy do ruin. 24 kilometry na zegarze. Rozkładamy się na pustym jeszcze dziedzińcu. Pijemy, poprawiamy makijaż, kolega robi zdjęcia swoim nowy IS-S5 (może ja też chcę taki?). Pora wracać, zahaczając oczywiście o stodołę. A tu klops. Koleżanka ma przebite koło… „A miałam wziąć dętkę…” Ale na szczęście koledzy mają. Wolno docieramy do stodoły. Piwo okazuje się być Tymbarkiem jabłkowo-miętowym, w końcu „Prowadzę, jestem trzeźwy”. Kolega wymienia dętkę, reguluje hamulce… Przy okazji robione mu są zdjęcia, „bo to ma być kolejny zamieszany w aferę Łyżwy”. Ale przecież nie będziemy wracać tą samą drogą. Pojedziemy na drugi zamek, do Lipowca. Szlakiem R4 Kraków-Wiedeń (w sumie 642km o ile się nie pomyliłem w dodawaniu). Jedziemy.

Serpentynki z szybkimi zjazdami i ciężkimi podjazdami w Alwerni i Regulicach. Ale nawet zaglądamy do klasztoru. Ale chyba jest jakaś modlitwa, bo kobiety tak zawodzą, że nie pozostaje nic innego niż ucieczka stamtąd. Drogi wiodą przez takie prawdziwe wsie, z domami z drewna malowanego na niebiesko, z zapachem krowy… W polach przy drodze rosną śliwy węgierki, jeżyny i gruszki. Takie prosto z krzaka smakują lepiej. Te z chrzanowskiego Tesco już tego smaku nie mają… Dwa, trzy owoce i wspomnienie smaku z dzieciństwa zaspokojone.

Żeby dojechać prosto na zamek trzeba odbić od szlaku rowerowego na pieszy, żółty. Spokojnie wjeżdżamy na dziedziniec. Spotykamy „Ciocię Ewę”, której jakiś „znawca” historii zamku opowiada. Chwilę się przysłuchujemy mętnego tłumaczenia o Inkwizycji. Ale czas upływa nieubłagalnie. Zjeżdżamy obok skansenu. I teraz którędy? Przez Płazę i górki? Nie, obok Zagórza, prawie po płaskim. Czyli pojedziemy praktycznie obok mojego domu. Prowadzę. Obok gminnego ośrodka kultury, czytaj boiska naszej A klasowej drużyny piłkarskiej i dalej lasem. Mijamy miejsce w którym teraz siedzę. Odprowadzam ekipę na szczyt jednej małej górki — zostało 6 kilometrów do punktu zbiórki, umawiamy się wstępnie na przyszłą sobotę, żegnam się i pędzę na końcówkę Formuły 1 oraz, oczywiście obiad. 53,65 km na liczniku. Pora na opalanie się…

Orange cycling

24 kwietnia 2007 | 22:15:21 | Kategorie: Bicykl, Tech, Życie | 10 komentarzy | Permalink

Po wahaniach jednak się zdecydowałem i poszedłem do sklepu. W długi weekend w spędzony w większości w mieście mógłbym się zanudzić, a tak to będzie co robić. Miałem też obawy, że po prostu jak przyjdę w środę do sklepu, to nie będzie już tego modelu w tym rozmiarze, a sprowadzenie potrwa czyli weekend zleci na niczym, przed monitorem…

Czyli pomarańczowy Compact (rama jednak stalowa), pompka i prosty licznik. Światła będą jednak konieczne, dziś praktycznie po zmroku wracałem, a tak będzie pewnie częściej, bez względu na wydłużający się dzień bo człowiek by jeździł i jeździł. A dziś zrobiłem tylko niespełna 21 kilometrów łącznie z dojazdem ze sklepu do mieszkania.

Wrażenia z jazdy? Z amortyzatorem z przodu jeździ się inaczej na takiej np. kostce brukowej, znaczy mniej trzęsie. (Może kiedyś wymienię widelec?) Siedem zębatek z tyłu to nie to samo co osiem. Jakby brakowało czegoś, tego najszybszego biegu, ale ile razy się na nim jeździło? Ogólnie biegi (21) są inaczej zestrojone niż jak jest ich 24. Revoshifty chodzą fajnie, nawet jakby lżej niż manetki Acera. Ale te gumy osłaniające uciskają, drażnią ręce, same nakładki na kierownicę też jakby mniej wygodne. Ale za jedną trzecią mniej niż wcale nie wysoki model nie ma się co spodziewać cudów.

Potrzebny będzie jeszcze taki uchwyt na ścianę, do powieszenia go za przednie koło, bo stojąc zajmuje za dużo miejsca. Wymyślałem taką konstrukcję z długich kołków do ściany, ale ten gotowy, chociaż kosztuje trzy takie solidne kołki, to jest tego wart, bo konstrukcja sensowniejsza niż to co mi do głowy zaczęło przychodzić… Tylko dlaczego ja go dziś nie kupiłem? Skąpstwo? Z kartą kredytową?

Ale najfajniejsze są przeglądy, po dwóch tygodniach darmowy, a po czterech do sześciu tygodni kolejny, płatny, żeby gwarancja była ważna. Ale przynajmniej łańcuch nasmarują… I takie zadbane chłopaki tam pracują… ;)

ładny rower

17 kwietnia 2007 | 21:59:13 | Kategorie: Bicykl, Tech, Życie | 21 komentarzy | Permalink

„Chodzi za mną” rower w tym wielkim mieście. I kilka dni urlopu w postaci ekwiwalentu za brak wykorzystania przed przenosinami raczej pomoże mu pojawić się w moim życiu. Początkowo myślałem o Authorze Classic z wyprzedaży z poprzednich sezonów, ale już nie ma, a i tak by był drogi (bo w sumie jednego takiego już mam, ale lepiej niech zostanie tam gdzie jest)… Więc jakiś tańszy…

Jest, Author Compact (mam słabość do marki, Classic jest taki fajny…), ten pomarańczowy jest śliczny i nawet taki z ramą 18 cali jest w sklepie. Tylko może będzie jakiś jeszcze tańszy…?

Jest Merida, tylko te Crosswaye jakieś takie brzydkie, kompletnie mi się nie podobają… Chociaż byłby z półtorej stówy tańszy model z kolekcji z poprzednich sezonów. I te opony jakieś takie…

Teraz tylko pytanie czy jutro się złamię i wracając z pracy wejdę trzeci dzień z kolei do sklepu na Popiełuszki i po około trzydziestu minutach odjadę na bicyklu z pompką, licznikiem i zestawem naprawczym(?), czy odpuszczę? Tak jak chyba odpuściłem już fajną czarną „wiatrówkę” w Croppie — a może wcale nie, jak jutro popada.

Tyle, że widok rowerzystów mijających mnie od jakiegoś czasu denerwuje mnie bardziej niż widok par idących (itp.) razem…

Tagi: , , ,

lemiel@jabber.wp.pl

nie ma mnie

mail: lemiel na wp.pl