Ale na wczorajszych pieczonych umówiliśmy się na wycieczkę rowerową. Wstałem bladym świtem o ósmej i standardowo: prysznic, śniadanie, prasowanie koszulki i smarowanie łańcucha. O 9:15 wyruszyłem na spotkanie o 9:30 w punkcie zbiórki. Po 18 minutach i 7 kilometrach dotarłem. Główny pomysłodawca już czekał i nawet robił mi zdjęcia na podjeździe. Po chwili dotarła koleżanka i pojechaliśmy w nieznane , czyli w okolice zalewu „Nad tamą” na Chechle. Mieliśmy się tam spotkać z kolegą, ale on pewnie wstał równie bladym świtem jak ja i z niecierpliwości nie mógł się nas doczekać, więc wyjechał nam naprzeciw.
Luźnym celem wyprawy był zamek Tęczyńskich w Rudnie i piwo w stodole. Więc kierunek Puszcza Dulowska. Płasko. Jedzie się całkiem przyjemnie. Mijamy słynną brzozę z gniazdem szersze obok punktu odpoczynku i panów raczących się piwkiem. Docieramy do kosmicznych kopuł RMFu. A tu niespodzianka, Stalexport wybudował obok punkt obsługi autostrady i budynek też przykrył półkulistym dachem…
Zostało dwa kilometry, w tym z pięćset metrów podjazdu pod górę. Dajemy radę, w końcu, co to dla nas. Docieramy do ruin. 24 kilometry na zegarze. Rozkładamy się na pustym jeszcze dziedzińcu. Pijemy, poprawiamy makijaż, kolega robi zdjęcia swoim nowy IS-S5 (może ja też chcę taki?). Pora wracać, zahaczając oczywiście o stodołę. A tu klops. Koleżanka ma przebite koło… „A miałam wziąć dętkę…” Ale na szczęście koledzy mają. Wolno docieramy do stodoły. Piwo okazuje się być Tymbarkiem jabłkowo-miętowym, w końcu „Prowadzę, jestem trzeźwy”. Kolega wymienia dętkę, reguluje hamulce… Przy okazji robione mu są zdjęcia, „bo to ma być kolejny zamieszany w aferę Łyżwy”. Ale przecież nie będziemy wracać tą samą drogą. Pojedziemy na drugi zamek, do Lipowca. Szlakiem R4 Kraków-Wiedeń (w sumie 642km o ile się nie pomyliłem w dodawaniu). Jedziemy.
Serpentynki z szybkimi zjazdami i ciężkimi podjazdami w Alwerni i Regulicach. Ale nawet zaglądamy do klasztoru. Ale chyba jest jakaś modlitwa, bo kobiety tak zawodzą, że nie pozostaje nic innego niż ucieczka stamtąd. Drogi wiodą przez takie prawdziwe wsie, z domami z drewna malowanego na niebiesko, z zapachem krowy… W polach przy drodze rosną śliwy węgierki, jeżyny i gruszki. Takie prosto z krzaka smakują lepiej. Te z chrzanowskiego Tesco już tego smaku nie mają… Dwa, trzy owoce i wspomnienie smaku z dzieciństwa zaspokojone.
Żeby dojechać prosto na zamek trzeba odbić od szlaku rowerowego na pieszy, żółty. Spokojnie wjeżdżamy na dziedziniec. Spotykamy „Ciocię Ewę”, której jakiś „znawca” historii zamku opowiada. Chwilę się przysłuchujemy mętnego tłumaczenia o Inkwizycji. Ale czas upływa nieubłagalnie. Zjeżdżamy obok skansenu. I teraz którędy? Przez Płazę i górki? Nie, obok Zagórza, prawie po płaskim. Czyli pojedziemy praktycznie obok mojego domu. Prowadzę. Obok gminnego ośrodka kultury, czytaj boiska naszej A klasowej drużyny piłkarskiej i dalej lasem. Mijamy miejsce w którym teraz siedzę. Odprowadzam ekipę na szczyt jednej małej górki — zostało 6 kilometrów do punktu zbiórki, umawiamy się wstępnie na przyszłą sobotę, żegnam się i pędzę na końcówkę Formuły 1 oraz, oczywiście obiad. 53,65 km na liczniku. Pora na opalanie się…