Prowincjusz
Dwadzieścia dwa dni temu minął rok jak cichaczem, późnym wieczorem wyprowadziłem się z Warszawy. Półtorej godziny zajęło mi upychanie dobytku do samochodu aż po dach. Po czterech godzinach byłem już w nowym domu. Rozładowywanie zajęło już tylko połowę czasu. Ale w środku nocy można było zastosować inny system transportu, bez oglądania się na podpitych panów „na emeryturze”.
Kilka razy od tego czasu byłem w Warszawie. Przedostatnim razem w kwietniu tego roku. I chyba po najdłuższej przerwie — po pięciu miesiącach w ubiegłym tygodniu. Przyjechałem w porze wieczornego szczytu powrotów z pracy. Cóż robić o tej porze? Wybrałem się na spacer wzdłuż Alei Jerozolimskich i okolic.
I poczułem się jak tytułowy prowincjusz w stylu „Dziewczyny z Mazur”. Niby niewiele, ale jednak to miasto się zmieniło. Bardzo. Bo to odczucie było zbliżone do tego jakie miałem w czasie wizyty w Londynie w 2006. Z perspektywy miejscowości dwadzieścia razy mniejszej i biurowca na wsi, tuż obok pola, z którego właśnie zebrano ziemniaki i nawieziono świeżym obornikiem, był to wręcz szok.
Tu gdzie teraz jestem, jest mi dobrze i nie mam ochoty na zmianę. Przynajmniej nieprędko. Bo inne zmiany czekają w kolejce.
lemiel@jabber.wp.pl
Komentarze:
A ja w drugą stronę. Z prowincjonalnego Szczecina niedawno przeprowadziłem się do Warszawy ;)
Jak zrobię co mam tu zrobić to też uciekam na prowincję.
dopiero?:)
Olaś - co dopiero? No przecież dwie czekają, miesiąc z hakiem mają jeszcze :D
właśnie wczoraj zastanawiałyśmy się z Anetką, ile to jeszcze czasu zostało;)
To jest wersja docelowa. Zważywszy na okoliczności, kto wie... Ale nie pali się, więc.
o i już się wyjaśniło ile jeszcze :)
:P
Dodaj komentarz:
Możesz używać Markdown bez obrazków.