Dziś na obiad była nielubiana przeze mnie kalafiorowa, to tylko drugie danie po dniu pełnym aktywnego wypoczynku to było zbyt mało. A jako, że rosołu dawno nie jadłem, to przy okazji wieczornego wypadu do aquaparku postanowiłem zahaczyć o jakąś jadłodajnię, w której takowy będę mógł zjeść. Ograniczenie terytorialne - Krupówki. Pierwsza karczma, trochę ludzi w niej, siadamy przy wolnym stoliku najbliżej wejścia. Przez pięć minut nikt nie podchodzi, a dwie kelnerki się kręcą, jedna nawet stoi dwa metry od nas i się patrzy. Kapela przygrywa. Rosół w menu po 7,50 - no nie jest to najtaniej, ale drogo też nie, w sumie. Wychodzimy. Ze sto metrów dalej następna karczma - „Bacówka”. Miejsc jakby więcej, kapela też przygrywa. Pytam pani czy w menu jest rosół. Jest. Zamawiam. Po dwudziestu sekundach inna pani przynosi. Proszę od razu o rachunek, po chwili też jest. Oczywiście jem ten rosół, bo dobry. Nie czuć w nim za dużo glutaminianu sodu. Okazuje się być o jedną trzecią droższy, ale jego ilość też nie jest miniaturowa. Pani za szybką obsługę dostaje napiwek (oczywiście adekwatny do ceny potrawy, bo bez przesady jednak). Zjadłem i wychodzimy. Zastanawiamy się z „Jane”, czy nie byłem w tej karczmie najkrócej przebywającym klientem, bo pięć minut to nie trwało…