Byliśmy w niedzielę w kinie na nowym filmie o tym słynnym detektywie. Długo czekałem na tę projekcję. Prawie dwie godziny i kompletnie tego nie czułem. Niechluj, zabawiający się jak chłopcy w „Fight Club”, na dodatek z niezłą skutecznością. Rozwiązywanie zagadki z ukrytym asem w rękawie, ale bez założenia, że postaci ma się wszystko gładko udać. Doktor Watson, były żołnierz z niezłą sprawnością fizyczną i dobrą znajomością walki wręcz, chociaż nie tak dobrą jak Sherlock Holmes. I właśnie, przez jaki długi czas po służbie w wojsku zachowuje się taką dobrą sprawność fizyczną, raczej bez codziennych ćwiczeń?
Zagadka zjawiskowa, ale bez zadęcia i wymyślania niewiadomo czego. Oczywiście, z Psa Baskervillów nie dałoby się nakręcić kinowego hitu obecnie, więc nie mogło to być nic zwyczajnego. Ale w sumie, nawet możliwe. Fajne coś w rodzaju butelki lejdejskiej i jeszcze bardziej zaawansowana technologia jak na ten czas. Oraz prosta chemia. A dwaj główni bohaterowie dobrzy byli z tej chemii… Takie wyciąganie napisu atramentem z nadpalonych kartek — kurde, takich rzeczy nie uczą na studiach w bezpośredni sposób, bo o wiązaniach kowalencyjnych nie było. I kobiety, dwie. Nie piękne, ale takie w sam raz. Na dodatek silne (no nie kochanie?). I do tego ten Tower Bridge w budowie. Dla mnie fajne. Polecam. Warto iść do kina, na ekranie komputera, nawet 32 calowym, nie będzie efektu.
Oraz oczywiście, nie odprawiajcie za dobrze rytuału, bo szatan się o Was upomni…
Chciałem napisać coś od razu po seansie, ale było coś ciekawszego do robienia, a później szkoda gadać. Okazuje się, że Weronika też widziała ten film i całkiem dobra recenzja jest na Hatak.pl.