Bicykl(7) , Ciuchy(10) , Humor(75) , Jedzenie(36) , komentarze(3) , Kultura(63) , Miniblog(144) , Mozilla(5) , Nauka(18) , Polityka(16) , Praca(12) , Radio(9) , SeaMonkey(2) , Skrzaty(3) , Tech(151) Tylko mebel(32) , Varia(291) , Zabawki(2) , ziewnik(45) , Zwierzaczki(7) , Życie(330) , London story(4)



Nie można oddawać takich spraw w ręce tak młodych ludzi

30 września 2008 | 22:00:25 | Kategorie: Varia | 5 komentarzy | Permalink

UEFA i FIFA nie uznały wprowadzenia kuratora. No, to niech PZPN za swoje pieniądze zbuduje stadiony, drogi, hotele, zapewni miejsca dla UEFA Family itp., itd. Jeszcze się nie nauczyli, że rozmawia się z tym kto ma władzę czyli pieniądze? Heh.

A tytuł to cytat z wypowiedzi Zbigniewa Koźmińskiego z tego artykułu. Niech dziadki rządzą jak wszędzie i gó… dalej się będzie działo.

Niech zabierają w diabły to Euro.

Jaja w tropikach (Tropic Thunder)

28 września 2008 | 23:00:38 | Kategorie: Kultura | 7 komentarzy | Permalink

Lekka rozrywka. Zapomniałem o świecie poza salą kinową na prawie dwie godziny. Sporo śmiechu, trochę efektów i nawet kina akcji. Niski głos Downeya Jr., odjazdowy wygląd Toma Cruise. I niezła muzyka — jak dla mnie. Kojarzy mi się z tą z pierwszego Matrixa. Plus klasyczne kawałki w epizodach. I wypełniona w połowie duża sala w niedzielny wieczór…

Ślub, hucznie czy skromnie i do jakiego stopnia?

13 września 2008 | 23:27:43 | Kategorie: Varia, Życie | 8 komentarzy | Permalink

Ale czy nie za skromnie? Byłem dziś na ślubie kolegi. W USC. Króciutko, skromniutko. Tak jakoś łyso. W porównaniu do wystawnej uroczystości miesiąc temu u innego. Tak skromniutko, że taksówką (czekającą pod USC w czasie uroczystości) odjechali tylko młodzi ze świadkującą. Świadek i reszta gości poszła piechotą gdzieś tam. Właśnie, ta taksówka. Jeszcze niedawno nie wiedzieliśmy na pewno, że kolega ma dziewczynę, a o ślubie dowiedzieliśmy się z maila wysłanego w sobotni wieczór… I nawet nie pomyśleliśmy, żeby zorganizować im transport, a byłby to drobiazg. A sam nie zapytał. Tak jakoś łyso…

W sumie, to po przebywaniu na wielu weselach, głównie na wsiach, paru w miastach, mniej więcej od 20 lat temu i po filmie „Wesele” z Audi TT w roli głównej odechciewa się by ewentualna własna uroczystość wraz z, tfu, grami i zabawami była dziwna i rozbuchana. Ale znowu, o ile to możliwe, to jednak nie aż tak skromna. W sumie, to już nie wiem jak. Ale to nie ważne.

disco disco ekstra ekstra czyli kocia Zośka

13 września 2008 | 23:02:47 | Kategorie: Kultura, Varia | 9 komentarzy | Permalink

Wykpiony Izrael i Palestyńczycy, Stany, emigranci i faceci z bronią, którzy nienawidzą wszystkiego. No i sztuczne cycki w idealnych proporcjach. Absurdalny humor. Ale brak gastrycznego. Trochę wszystko naiwne. Dawno nie słyszałem tylu i tak dużo śmiejących się osób. A sporo ich było. Na wyluzowanie się. Mi było to potrzebne.

Kretyński film o antyterroryście, który chciał zostać fryzjerem i terroryście, który chciał zostać… a to już sami zobaczcie. Grę w Zośkę kotem również. I co to za imię Zohan? Johan?

przespane życie

12 września 2008 | 23:33:18 | Kategorie: Varia | 2 komentarze | Permalink

Wychodzę z pracy zmęczony przygodami dni poprzednich i uskrzydlony zaistniałymi przy okazji sukcesami, rozmyślając o tym, że mimo późnej pory nie warto brać taksówki, tylko odbyć ten mały spacer na świeżym powietrzu by lepiej się spało. Zabieram z szafy „służbowy” sok grejpfrutowy z Tarczyna i wychodzę. Piję i zauważam napis pod zakrętką. Numer 39. Raczący mnie informacją o tym, że przeciętny człowiek przesypia w swoim życiu około 20 lat. Aż się przestaje chcieć szybko iść spać i zachciewa się włączyć jednak komputer w domu, by napisać te słowa. A tu trzeba by Rafał wyspany, trzeźwy i elegancki pojawił się w jutro o dwunastej w USC w Al. Solidarności… Ech to życie… ;)

Bo jeszcze niedawno można było pić piwo w pracy…

12 września 2008 | 00:01:04 | Kategorie: Życie | 10 komentarzy | Permalink

Jedziesz po całym dniu atrakcji na drugi koniec Polski, by w miłym towarzystwie coś tam usprawnić. Dojeżdżasz po dwudziestej drugiej. Przed trzecią osiągacie sukces. Idziecie spać. Tuż przed dziewiątą Cię budzą starym kawałem, o zamawianiu budzenia na godzinę wcześniej. Zjadasz śniadanie za trzynaście jednostek płatniczych pewnej dziwnej organizacji i jedziesz osiągać kolejny sukces. Po osiemnastej osiągacie pełny sukces i wracacie. Na trasie okazuje się, że brakło prądu. Ale restauracja w Walichnowach jest pod ręką. Wypijasz kawę, zjadasz sernik, w poszukiwaniu zasięgu „Internet jest wszędzie” skaczesz po ławkach z laptopem w rękach trzymanym za ekran (bo to ThinkPad w końcu) łowiąc dziwne spojrzenia „biesiadników” i meldujesz jako kolejny osiągnięcie autoryzacji. Zadowolony wyjeżdżasz z parkingu, jedziesz spokojnie, w pewnym momencie chcesz wyprzedzić te zasłaniające widok TIRy i słyszysz dziwny dźwięk od silnika. Zapalają się kontrolki, pojawiają komunikaty. Zatrzymujesz się na poboczu i sprawdzasz. Nic nie widać. Jedziecie na stację benzynową. W świetle latarni też nic nie widać. Asistance nic nie zrobi. I to trzeci taki delikwent dla niego dzisiaj… Załatwia hotel. Przedłuża się delegacja. W hotelu jest restauracja. W niej piwo. Czyli? Co pijemy piwo w pracy. Jak w latach siedemdziesiątych…

Ale puenta jest taka: „Dlatego warto wykupować dobre AutoCasco.”

Bo on zabiera moje zabawki

06 września 2008 | 23:09:00 | Kategorie: Życie | 13 komentarzy | Permalink

W życiu każdego człowieka pojawia się moment, w którym zauważa, że się zmienił, że jest starszy, że zdobył wystarczającą i wymaganą ilość wiedzy z danego tematu, że ma przyzwyczajenia. Na przykład, ja czuję, że od czasów dzieciństwa zmieniło się sporo…

Przy banalnym wrzucaniu pociętego pilarką drewna do pojemnika służącego do przenoszenia go do piwnicy zauważyłem różnicę we własnym działaniu. W odróżnieniu od leciwych rodziców i młodego siostrzeńca, nabierałem więcej kawałków do rąk, szybciej przerzucałem te „porcje”. A jak sobie przypomnę 20 albo i więcej lat temu, jak nieporadnie w porównaniu do taty szło mi wrzucanie węgla do piwnicy, która to przyjemność przez ostatnie lata mnie omijała.

Samo cięcie drewna pilarką pokazało, że fajna to zabawa, ale i ciężka praca. A by się lżej pracowało, wprowadza sie pewne udoskonalenia, pomocnicze narzędzia. Taki na przykład stojak do trzymania desek, zwany koziołkiem. Przemyślana konstrukcja, udoskonalona w trakcie pracy. Odpowiedniej, równej długości podpórki. A tu młody współpracownik to „poprawia”, „żeby było równo”. I ucina jedną z podpórek. Psując TWOJĄ wypieszczoną zabawkę. Oczywiście cięty materiał już nie ma odpowiedniego podparcia i trzeba go mocniej trzymać, i co najważniejsze, mniej wygodnie. Pomijając już to, że przez dłuższy czas niż Ty ma w rękach tę fajną pilarkę. I to, że ta jego pomoc jest cenna i wniosła duży wkład w pracę. I bez niego byłaby niewykonalna.

Trochę podobnie było przy skręcaniu foteli, niby sam bym sobie poradził, ale trwałoby to dłużej. A tu pomógł, potrzymał, skręcił kilka śrub. Niby nic, ale no, zabrał mi odrobinę zabawy. Pewnie to uczucie to pozostałość tej irytacji po „ulepszeniu” podparcia. Chociaż, powinienem być bardziej wdzięczny za tę pomoc. I jakoś tam będę, w końcu, sam byłem studentem…

Nie wiem dlaczego, ale w czasie rozmyślań o tym przypomniał mi się stary kawał o szambonurkach, starym, który nurkował z kluczami by coś tam przy dnie zreperować i młodym, który podawał mu klucze. Że mimo absurdalności całej sytuacji i mało przyjemnej pracy, to do pewnych czynności trzeba mieć jednak wiedzę, umiejętności…

Tu też kojarzy mi się sytuacja z pracy, mam coś pod opieką i w pewnym momencie trzeba to coś, również swego rodzaju zabawkę, oddać pod opiekę komuś innemu i zająć się nową zabawką. Z jednej strony szkoda, a z drugiej cieszę się, że się z nią w pewnym sensie żegnam, bo chociaż daje ona swoistą władzę, to bywa ta „władza” uciążliwa w powiązaniu z użytkownikami.

Owen Yeates — Ludzie z tamtej strony czasu

06 września 2008 | 21:13:10 | Kategorie: Jedzenie, Kultura, Życie | 4 komentarze | Permalink

Ostatnio jeżdżę trochę pospiechami albo EC z Katowic zamiast ekspresami z Krakowa. Wiadomo, cztery godziny po domowym obiedzie, na dowolnym dworcu PKP człowiek robi się głodny. Schodzi z peronu i idzie poszukać tego czegoś nieokreślonego do jedzenia czy przegryzania. I zamiast podrzędnej jadłodajni natyka się na bukinistów. Dwóch. Jeden młody i nieco zrezygnowany, który raczej minął się z powołaniem i chyba odrabia pańszczyznę. Drugi bardziej zorientowany, skoro na moją odpowiedź, że Wiktor Żwikiewicz jest nowością odparł, że przecież on jednak znanym twórcą i to od dawna. No ale nowy jest dla mnie. Na moją wieś za dużo literatury i wieści ze świata nie docierało, zwłaszcza do takiego smarka jakim byłem. A potem, to co innego miałem na głowie. Jedną z upolowanych była książka z dużym napisem Owen Yeates na okładce. Jakby to był autor książki. Coś mi nie pasowało, ale w środku były przygody Owena i w znanym mi stylu, więc się nie oglądałem, tylko rozpocząłem opróżnianie portfela z podobizn Mieszka I.

Owen Yeates powraca w drugim (chronologicznie) tomie swoich przygód (po PODWÓJNEJ ŚMIERCI, która naprawdę nosiła tytuł LUDZIE Z TAMTEJ STRONY ŚWIATA, a przed FLASHBACKIEM). Tom LUDZIE Z TAMTEJ STRONY CZASU jest tomem spóźnionym. Jednak ukazuje się — wreszcie pod prawdziwym nazwiskiem autora, który zrezygnował z polskiego pseudonimu Eugeniusz Dębski i zezwolił na ujawnienie osoby tłumacza (połączone postawy tłumacza i wydawnictwa nie były tu bez znaczenia).

No i faktycznie, jest napisane „Przekład Karol M. Dołgowicz”. Zaskoczyło mnie to mocno, bo autor mi nie znany, bukinistom pewnie też i książka za 8 złotych zmieniła właściciela. Zresztą, pozostałe też były tanie, zdecydowanie tańsze niż bywają w Krakowie na Dworcu Głównym. Toteż stąd taka ilość. No i dla mnie to były perełki, wcześniej nie znane.

Sprawa autora wyjaśniona jest w tym wywiadzie:

(…)PCh - Kiedyś widziałem na twojej książce pieczątkę "Tekst wydany bez końcowej korekty". Jedna z twoich powieści sygnowana jest: Owen Yeates, a na tytułowej stronie: "tłumaczył Karol M. Dołgowicz". To taki joke?
ED - Miałem w CIA rozmowę z Ilukowiczem:
On: Okładkę ci przyślę. Owen Yeates...
Ja: Jak? Owen Yeates?
On: A nie mówiłem ci? Mam już wydrukowaną. Ale tytuł jest twój!
(…)

Niezdrowe jedzenie też dorwałem, jednak już obciążony reklamówką z dużą dawką kultury, prawie że masowej. W postaci zapiekanki, prawie standardowej. Prawie, bo mieszanka zapieczonych pieczarek z serem została z wierzchu posypana posiekaną kapustą pekińską, jak do surówki. I oczywiście polana czymś co leżało obok ketchupu.

Angielska robota.

04 września 2008 | 22:54:50 | Kategorie: Kultura | Dodaj komentarz | Permalink

Czyli inaczej „The Bank Job”. Trochę długie, podobnie jak „Buster”. Kilku szczęściarzy obrabia bank. Tylko dzięki absurdalnemu szczęściu, pewnej przytomności umysłu jednego z nich i pomocy służb kończy się jak kończy. Ale byli to jednak amatorzy. Bo zawodowstwa nie można osiągnąć nawet ciągle robiąc takie numery. To trzeba mieć we krwi. To rozejście się po i publiczne pokazywanie się... Ale takie coś mogło w ten sposób przejść tylko w Anglii. Żaden inny kraj nie ma takich uwarunkowań społecznych. Ale najbardziej to mi się podobają tamtejsze utajnienia informacji. To tak jak ze sprawą generała Sikorskiego. Na sto lat do szafy i wszyscy zapomną, i nikt nie będzie wiedział o co pytać, czy czego szukać…

Jason Statham był chyba jedynym do tej roli, ale cienki był. W sumie scenariusz tak czy siak lekko naciągany i za wiele się nie dało ugrać. Chociaż po angielskim filmie więcej się spodziewałem. To chyba wpływ Przekrętu — „Snatch”, w którym jako Turkish zauroczył mnie dawno temu. Może przez ten akcent (cockneyowski?), a może lekko niewyraźną mowę?

Można iść do kina. A po takich snach na pewno.

naga dziewczyna obok

04 września 2008 | 09:42:05 | Kategorie: Życie | 14 komentarzy | Permalink

Było już po dwudziestej trzeciej. Leżałem na łóżku w piżamce, na brzuchu, przykryty kołdrą, z głową skierowaną na telewizor, na ekranie którego zmieniały się jakieś kolorowe obrazki a z głośników dochodziły jakieś dźwięki. Drzwi (do pokoju) miałem za plecami. Nagle drzwi się otwarły, pojawiła się w nich dziewczyna o długich czarnych włosach, ubrana w elegancki popielaty żakiet i popielate spodnie ładnie podkreślające kształt pośladków. W rękach miała coś, jakąś siatkę. Położyła ją na tapczanie pod drugą ścianą. Mówiła, że coś ma do załatwienia, itp. Kątem oka zauważyłem, że zaczęła się rozbierać. Rozebrała się praktycznie do naga. Tylko praktycznie, bo została w biustonoszu. Niebieskim w czarne wzorki i z jakąś dziwną jakby tiulową siateczką pomiędzy przodem miseczek a połową wysokości ramiączek. Położyła się obok mnie, ale na kołdrze, coś mówiła, ale nie zwracałem na nią uwagi. Po jakimś czasie, lekko zła, podniosła się z łóżka i zaczęła ubierać. Jak już się ubrała, to wyjęła telefon i do kogoś zadzwoniła. W trakcie rozmowy wskoczyła na tapczan i skacząc jak na batucie krzyczała do słuchawki: „Jak jeszcze raz mi powiesz, że znowu coś źle zrobiłam…” I wyszła. A ja dalej oglądałem telewizję.

Mam nadzieję, że ten sen, to był zwiastun końca snów z palącymi się ogniem serwerami. Mimo, że również nieco dziwny, to jednak zdecydowanie przyjemniejszy w odbiorze.

Tylko jeśli przyszła w tym celu, to dlaczego przyszła w spodniach?

« Wcześniejsze wpisy | | Nowsze wpisy »

lemiel@jabber.wp.pl

nie ma mnie

mail: lemiel na wp.pl