(…)Nigdy zaś nie odważyłam się powiedzieć Konradowi, jak beznadziejny jest w łóżku, jak kompletnie nie umie stworzyć między nami prawdziwej bliskości, intymności. Że seks to nie jest czynność fizjologiczna, tylko… Żeby było tak… tak… Nie umiałam sobie powiedzieć: jak? W literaturze, na filmach jakoś inaczej to wygląda. Cholera! Wiem, że życie to nie film ani literatura, ale miałam już od dawna dość tej alkowianej fizjologii.
Lata temu, kiedy byłam bardzo młoda, oglądałam film, chyba węgierski, z Mariną Vlady, piękną francuską aktorką. Miała wtedy koło czterdziestki, grała żonę jakiegoś węgierskiego urzędnika. Była tam taka scena, w zwykłym mieszkaniu, w zwykłym łóżku, czy nawet wersalce? (Nienawidzę wersalek). Marina jako żona leżała z mężem w pościeli i rozmawiali. On był w pasiastej piżamie. W średnim wieku, taki zestresowany, zmęczony, zniszczony... Potem zgasili lampę, on tylko trochę zsunął gacie, położył się na niej i po kilku ruchach było po wszystkim. Przewalił się na swoją stronę wersalki, odwrócił do ściany i zasnął...
Pamiętam twarz aktorki — Mariny Vlady — piękną, smutną, z taką beznadzieją w oczach... Twarz milionów kobiet uwikłanych w taki małżeński obowiązek. Kobiety, która nigdy nie powie swemu, dobremu skądinąd, mężowi, że nienawidzi tego, co on robi. Że jest beznadziejny. Że ona czuje się po takim seksie jak kibel. Nie powie, bo on, ten dobry mąż, poczułby się skopany w najczulsze miejsce. Obraziłby się. Nie wiedziałby, o co jej chodzi. Najpewniej o to tylko, by mu dopiec.(…)
(…)Grześ, patrząc cały czas na mnie, rozpiął nasze sztormiaki, przyciągnął mnie blisko, bardzo blisko, a potem powolutku zaczął wodzić ustami po mojej twarzy. Byłam zaskoczona i oszołomiona. Wsunęłam ręce pod jego sztormiak i robiłam to samo. Jego twarz była słona i ciepła. I bardzo, bardzo chciałam, żeby mnie całował. Zmysłowo i delikatnie. Czułam, że mam oszalałe tętno, że płonę z jakiegoś uniesienia, ekscytacji… Zachłannie brałam te chwile zaskoczenia, bo chciałam, coraz bardziej chciałam tak stać i całować się do rana, jak jakaś małolata.(…)
(…)— Miałem rację, fajna jesteś.(…)
(…)Poznawałam siebie nową. Nigdy nie myślałam, że tak potrafię się poruszać, całować, tak bardzo przeżywać chwile najwyższych uniesień. Żywiołowo poznawałam tajemnice erotyki w najlepszym wydaniu. Grześ był szczodry i wyraźnie lubił sprawiać mi radość. Rozpierała go duma, że szaleję w jego ramionach i jestem coraz odważniejsza.(…)
Małgorzata Kalicińska „DOM nad rozlewiskiem”.
Świetna książka, chociaż, dla kobiet, ale… Długa, dopiero zacząłem. Cytatów komentował nie będę…