Bicykl(7) , Ciuchy(10) , Humor(75) , Jedzenie(36) , komentarze(3) , Kultura(63) , Miniblog(144) , Mozilla(5) , Nauka(18) , Polityka(16) , Praca(12) , Radio(9) , SeaMonkey(2) , Skrzaty(3) , Tech(151) Tylko mebel(32) , Varia(291) , Zabawki(2) , ziewnik(45) , Zwierzaczki(7) , Życie(330) , London story(4)



Jožin z bažin na „potańcówce”

26 lutego 2008 | 01:49:55 | Kategorie: Varia | 4 komentarze | Permalink

Nie, nie będzie teledysku z jednej z dyskotek. Będzie o tym jak to wygląda w rzeczywistości. Dziwnie wygląda.

„Jožin z bažin” się zaczyna. Ludzie nerwowo się rozglądają, ale zaczynają tańczyć w tym kółeczku. Wciąż z dziwnymi minami. Tak trochę na siłę, bo to słynny kawałek, więc wypada. Dziwne miny nie znikają, ale zabawa nieco się rozkręca. Gdy piosenka się skończy wszyscy rozluźniają się.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przed tym rozbrzmiewało Boney M. — „Daddy Cool”, a po nim The Pointer Sisters — „I'm so excited” i większość skakała… Kojarzy mi się to z końcową sceną z głupiego filmu „Gulczas, a jak myślisz?”, w której wszyscy bohaterowie tańczą…

Druga i trzecia emisja w ciągu wieczora już nie wzbudza takiego szoku, przyzwyczaili się…

Żałuję, że nie mogłem się wybrać na występ Banjo band Ivana Mládka na Bródnie ostatnio… Bo z przeczytanej w papierowej gazecie recenzji wynika, że kabaret był pierwszorzędny.

reklama płacenia abonamentu tv

13 lutego 2008 | 00:45:50 | Kategorie: Varia | 4 komentarze | Permalink

W sumie, to szukałem czego innego — jak bardzo nachalne są reklamy związane z dniem jutrzejszym, by ponarzekać. Ale to co znalazłem przypadkiem, to prawdziwa perełka.

Reklama zachęcająca do płacenia abonamentu telewizyjnego w Wielkiej Brytanii.

W sumie to o tym jak w Wielkiej Brytanii sprawdza się czy w danym domu jest telewizor naczytałem się opowieści realnych jak i takich z gatunku legend miejskich… I jestem skłonny wierzyć, że tam tak jest.

Pozostawiając z boku dyskusję o celowości i niecelowości płacenia abonamentu, misjach i trudnościach w spełnianiu misji przez media publiczne. Bo mnie to ziębi, abonament zapłacę. Hmm. W sumie, to skojarzyło mi się to teraz z „nosorożcami” u Crasha

(To nic, że rozwala mi szablon, przeżyję ;) )

Czytaj dalej...

Pierwszy raz boli…

12 lutego 2008 | 20:27:17 | Kategorie: Życie | 23 komentarze | Permalink

Tak, pierwszy raz boli… Nigdy w to nie wierzyłem, ale jednak. Przytrafiło się i mnie…

Czytaj dalej...

kebab, chińczyki i sałatki (surówki?)

07 lutego 2008 | 22:10:11 | Kategorie: Jedzenie, London story, Życie | 7 komentarzy | Permalink

Jako, że ostatnio, głównie z powodu lenistwa i braku czasu, trochę częściej niż bym chciał, zaopatruję się w jedzenie w punktach żywienia zbiorowego zwanych popularnie kebabem lub chińczykiem, to przypomniały mi się serwowane do tego jedzonka „sałatki” lub „surówki”. Czyli w najczęstszym wydaniu biała kapusta szatkowana w wąskie paski i niewielka ilość marchewki. Właśnie. Wąskie paski, ale jakie długie… Z dziesięć centymetrów. Albo i więcej. Nie muszę chyba mówić, że raczej zdecydowana jej większość zostaje na „talerzu” lub w „laptopie”.

Tak jest na przykład w barze na Słodowcu i w paru miejscach gdzieś indziej, w centrum przy Bajce chyba też, na bazarku przy zbiegu Puławskiej, Lotników i Smyczkowej na pewno, w barach na Dworcu Centralnym o ile pamiętam raczej też. Taki masowy produkt. Ciekawe czy jest jeden producent tego, czy wielu?

W barze na rogu Reymonta i Broniewskiego kiedyś też taka była. A teraz właśnie ostatnio nie jest. Jest inna. Składniki drobniejsze i chyba coś więcej niż biała kapusta i marchewka. Ale tu cena też nieco większa niż w Hami na Żeromskiego. I przerobu takiego nie mają. Ale za to są czynni do trzeciej rano, a o dwudziestej drugiej potrafi być kolejka po kebab.

Ale są jeszcze lepsze miejsca, z lepszą surówką. Kebab w Chrzanowie na Dobczyckiej. Pyszny, tani, a ta surówka… Drobno posiekana kapusta, biała i czerwona i parę innych dobrych rzeczy. Nic tylko się oblizywać. Najlepszy kebab w Polsce!

Bo najgorszy kebab, z tragiczną surówką, to jadłem, a może lepiej, usiłowałem zjeść w Londynie. Trzeciego, nie opisanego dnia London story — chyba go już nie będę opisywał. W okolicy Victoria Station przed odjazdem na lotnisko i dwoma piwami. Bułka była jeszcze ok, mięso — wielkie kawały, ledwo odsurowione i do tego wielkie kawały / półplasterki pomidora, cebuli i może czegoś jeszcze. Na dodatek to wszystko ciekło, jakby wodą z olejem. Po chwili trzy funty powędrowały do kosza. Piwo było lepsze. Inne atrakcje też. Mimo niedostatków jedzenia — ja naprawdę nie widziałem żadnych barów i podobnych — raczej przez dwa dni nie schudłem za wiele.

brakowało mi tego pytania o dowód

07 lutego 2008 | 21:34:03 | Kategorie: Życie | 10 komentarzy | Permalink

Dawno mnie nie pytano na stoiskach z alkoholem o dowód tożsamości. Powoli zaczynałem się przyzwyczajać, że frajda się skończyła. Bo zmarszczki, niedogolony zarost i inne, czytaj: stara dupa jestem. A tu dziś niespodzianka. Stoję chwilę taszcząc dużą butlę w ręce, rozglądam się wkoło zaciekawionym wzrokiem oczekując na swoją kolej w kasie. W końcu podaję pani ten jakże cenny przedmiot (złotych jedenaście i dziewiętnaście groszy), a tu niespodzianka, pani mówi: „Czy mogę zobaczyć pana dowód tożsamości?” A ja jak ten grzeczny chłopczyk wyjmuję z kieszeni futerał, otwieram na dowodzie i pokazuję pani. Pani czyta spokojnie, nagle robi oczy i zaskoczona wyrzuca z siebie: „O matko!”. Ja oczywiście dziękuję, bo jakżeby inaczej. Pani po chwili dodaje: „Jest pan prawie moim rówieśnikiem.” Po czym pani przeprasza za swoje zachowanie. (Kurtyna)

A chodząc tak późno do sklepu można się dowiedzieć ile zarabia kasjer w takim supermarkecie. I że miało być sto złotych więcej, ale nie było.

buty to też gadżety :D

03 lutego 2008 | 18:39:55 | Kategorie: Humor, Varia | 9 komentarzy | Permalink

Urywek rozmowy:
[18:23:35] K: i kozaki na takim wysokim, ale długo ich nie nosiłam, raz założyłam ostatnio i myślałam, że się zabiję
[18:23:47] K: aha, w końcu mówimy o gadżetach

Gadżety, tak, bo była rozmowa o GPSie…

kościół, duże miasto i rodzice

03 lutego 2008 | 18:10:53 | Kategorie: Varia | 20 komentarzy | Permalink

Krakowskim Przedmieściem szły trzy dziewczyny, młode, stąd skojarzenie z pierwszym rokiem studiów. Ale obejrzałem je dopiero jak mnie minęły. A obejrzałem je dlatego, że jak do mnie dochodziły, to usłyszałem mniej więcej te słowa: „W niedzielę rano dzwoni mama i zawsze na koniec mówi: „Ale idźcie dziewczynki do kościoła.””

No właśnie. Co to oznacza. W małej miejscowości (przy Warszawie każda jest mała, a w sumie to samo dotyczy większości dużych ośrodków akademickich) chodzi się do kościoła ze względu na otoczenie, nie ze względu na wiarę… I łatwo się uwalnia od tego chodzenia. Chociaż pewne ograniczenia z prania mózgu zostają. Typu: „Ostatni weekend przed Postem, trzeba się zabawić.” A potem nie będzie przecież ograniczeń zabawy. W sobotę w pubie będzie DJ i zabawa przez pół nocy. Piwo i drinki też będą… Albo coś podobnego. A do kościoła się i tak przecież nie chodzi…

moron

03 lutego 2008 | 01:07:59 | Kategorie: Varia | 6 komentarzy | Permalink

Słówko to, „moron”, mam ostatnio wrażenie, weszło do języka potocznego w pewnych kręgach tak, jak „kurwa” w innych.

I pewnie nic bym sobie z tego nie robił, bo większość z tego spływa po mnie jak woda po progu wodospadu, ale przed momentem widziałem w telewizji poniższą reklamę z dzieciakami i skojarzenie było jednoznaczne…

Nie ucz pogardy:

Link od Pawła: „Nie ucz pogardy”.

Nowoczesność w bieliźniarce

03 lutego 2008 | 00:54:09 | Kategorie: Varia | 2 komentarze | Permalink

Jak kupowałem ostatnio pościel, to miałem wrażenie, że ona mówi do mnie z półki sklepowej: „Weź mnie, weź mnie!”. Kolor i wzór wpadły mi natychmiast w oko. Chwila wahania, ale nie byłem w stanie się oprzeć.

pościel mówiąca: weź mnie, weź mnie!

A co się dziś okazało? Że to szczyt techniki, bo zamiast guzików do zapinania otworów wsobnych są wszyte zamki…

Rower w lutym

02 lutego 2008 | 19:20:20 | Kategorie: Bicykl, Życie | 20 komentarzy | Permalink

To bardzo interesujące doznanie. Mimo pięciu stopni powyżej zera bez narciarskiej bielizny z teksturowanego jedwabiu wróciłbym się do mieszkania po stu metrach. A tak, dwadzieścia trzy kilometry spaceru. Przez Żoliborz nad Wisłę standardową ścieżką rowerową. A Wiśle mało wody, ale tak jakoś dość szybko płynęła…

Późne popołudnie, więc nie dziwne, że pustki — przecież to, że jest drugi luty, nie ma kompletnie znaczenia. Mimo tego spotkałem aż trzech rowerzystów, trzech biegaczy, jednego nawet dwa razy — dogonił mnie jak zawróciłem, jednego chłopaka na deskorolce i uwaga, jednego pana, jak nic po sześćdziesiątce, na rolkach! Przyznaję, zaskoczony jestem okrutnie.

Jeszcze tylko coś, żeby w uszy tak nie wiało i bardziej ergonomiczne spodnie. Chociaż zmarzły mi tylko kciuki i ich odpowiedniki na nogach…

« Wcześniejsze wpisy | | Nowsze wpisy »

lemiel@jabber.wp.pl

nie ma mnie

mail: lemiel na wp.pl