stream of consciousness
Wstałem z bólem około 9:30. Wstawiłem pranie, umyłem, się, zjadłem na śniadanie 3 berlinki. Z musztardą bawarską Develeya i ketchupem pikantnym z Pudliszek. Popatrzyłem trochę w komputer. Niestety nie mogłem tego robić w stroju Adama, bo nie byłem sam w mieszkaniu…
Od paru dni denerwował mnie hałasujący wiatrak w kieszeni na dysk i wyprawa na giełdę była nieunikniona. Tylko po to, żeby kupić nowy, ale jaki duży?
Wyjąłem kieszeń z dyskiem, ale wentylator w części nieruchomej…
Zdjąłem boczne klapy od obudowy i zonk, trzeba by to odkręcać — nie chce mi się, może jak zmierzę to będę wiedział jaki duży ma być. Wyjąłem małą zwijaną metrówkę, 4 centymetry wysokości ma obudowa na kieszeń — mogę jechać na giełdę. Ale o 16 ma być kolejne Urban Playground, jest 12 to już nie będę wracał, biorę książkę na drogę „JA” Tadeusza Niwińskiego, mapę Warszawy, długopis w kieszeni kurtki noszę standardowo. I idę na tramwaj -- piękne słońce świeci, nie będę jechał pod ziemią metrem…
Wyszedłem z klatki, jednak słońce było tak oślepiająco białe — dobrze, że zabrałem też okulary przeciwsłoneczne.
Na tramwaj trzeba było poczekać ładnych kilka minut, wyścig wygrało 35, przyjechało praktycznie puste, usiadłem, wyjąłem książkę i zacząłem czytać, nakleiłem w interesujących mnie szczególnie miejscach kilka pasków do zaznaczania.
Na Stawki przesiadłem się w coś innego, bodajże 33, ale to było już zapełnione, dobrze, że nie czekałem na nie te 4 minuty na pierwszym przystanku, chociaż na stojąco też się dało czytać, a w 35 mimo wszystko się niezbyt wygodnie siedziało, bo wóz był stary z tymi blisko osadzonymi fotelami i było mi ciasno, a przecież nie jestem wysoki…
Na giełdzie obszedłem całość, chociaż i tak wiedziałem gdzie ten wentylator będę kupował, 40 milimetrowe były najmniejsze i sprzedawca potwierdził, że to właśnie taki ma być. Ale wentyle podrożały, taki sam kupowałem na Radeona jak się okazuje i kosztował 15 złotych a dziś dałem 20…
Ale co zrobić… Przynajmniej teraz jak to piszę niewiele słychać…
Pooglądałem jeszcze skanery, niewiele ich, nie są już widać popularne… A jakiś w końcu trzeba kupić, od jakichś dwóch lat chcę kupić jakiś, żeby zeskanować domową kolekcję zdjęć.
Ale giełda się zmniejszyła trochę, chyba wpływ sklepów internetowych, no i główne „sklepy” może zmniejszyły liczbę stoisk. Wyszedłem. Po drodze zahaczyłem o ścianę, pięć dych z moich skromnych zasobów do kieszeni, której zawartość nadszarpnąłem kupując tego Revolteca.
Pojechałem do Empiku metrem, niewiele udało mi się przeczytać.
Empik w Juniorze odnowiony już prawie całkowicie, na 20 zapowiadają występy kabaretów, ale nie będzie mnie raczej w Warszawie wtedy, to nie skorzystam, obejrzałem gazety na parterze i pojechałem na górę, zmienili kolejność, na pierwszym płyty i multimedia -- może będą lepiej dzięki temu schodzić, a dopiero na drugim książki, obszedłem stoisko z psychologią i fantastykę. Książek Łukjanienki nie znalazłem na półkach. Ale wypatrzyłem „Podatek” Mileny Wójtowicz. I jeszcze nowszą „Załatwiaczkę”. Ale mimo, że bohaterki obu mają na imię Monika, to ta pierwsza chwilowo lepiej mi przypadła do gustu. Z „łupem” udałem się do kasy. Zapłaciłem, dając kartę Premium Clubu do naliczenia punktów. Okazało się, że Empik rezygnuje od listopada ze współpracy z nimi. Dostałem kopertę z informacjami Zaklejoną.
I w końcu coś, co chciałem zrobić od dawna. Usiąść nad książką z przysłowiową kawą i może ciastem w kawiarni. A tu mini barek na miejscu. Prawie jak w Tate Modern. Skusiło mnie cappucino. Ciasto nie. Poskąpiłem. W sumie nie wiem dlaczego. Jak teraz myślę, to wyszło mi, że żaden kawałek nie wyglądał apetycznie. Bo jakby był sensowny kawałek szarlotki takiej jaką potem widziałem w CoffieHeaven to bym się skusił… Usiadłem przy oknie z widokiem na PKiN i spędziłem tam około godziny. Przeczytałem 96 stron i wydłubałem z koperty dwa kupony rabatowe. Do sklepu internetowego i empik foto.
Zadzwonił MisiekF upewniając się, czy będę na UP. Wyszedłem pytając wcześniej ochrony o WC. Jest. Obok Zaplecza dla personelu.
Po drodze McDonalds i jeden hamburger. Śmieciowe jedzenie, ale na szybko... Cóż. Czasem. Może mi jeszcze brzuch nie urośnie od tego. I spacerek Świętokrzyską na Tamkę.
Na miejscu już jest Ania, Nnb i oczywiście MisiekF. Ale z tej Ani drobna dziewczynka i tak fajnie zadziornie uśmiechnięta, Piotrek zresztą też. A ile w nich energii. Po chwili dołącza Sznik. A ten faktycznie młodo wygląda… Semp się spóźnia. Ale ludzi mało. Nie ma gonitwy za kartami. Ruszamy. Nie za tłumem i w spacerowym tempie. Znajdujemy oczywiście niewiele punktów, ale przecież to tylko zabawa. Nie musimy tak jak niektórzy zmieniać: „Tego trzeciego miejsca ostatnio”. Na peronie byliśmy siódmym gangiem. Na miejsce zbiórki dotarliśmy tuż przed czasem znajdując jeszcze dwa najbliżej położone punkty kontrolne. Czekała na nas Ania Michała. Semp znowu się spóźnił. Koloru tym razem nie trafiliśmy bo wylosowany został czerwony. Rozeszliśmy się.
Ania z Piotrkiem pojechali do siebie, a my resztą ekipy udaliśmy się autobusem do Złotych Tarasów. Byłem tam pierwszy raz. Kolejna galeria handlowa… Trochę przypomina Krakowską koło Dworca Głównego (ilością poziomów). Wizyta w Saturnie — ale te karty garficzne drogie. I do CoffeeHeaven. Tłumy. Jednak znalazło się miejsce. Każdy coś sobie wybrał. Ja dużą herbatę z zielonej limetki i muffina jagodowego. Pogadaliśmy, padło brzemienne zdanie: „To tylko Ja tu mam jeden telefon komórkowy przy sobie?” I poszliśmy na tramwaj. Michał z Anią poszli do Arkadii, a ja ze Sznikiem pojechaliśmy dalej do siebie. Wysiedliśmy i umówiliśmy się na „kiedyś”. Przyszedłem do mieszkania, wymieniłem wentylator, zjadłem zupę i frytki. A teraz siedzę i to piszę…
Przy okazji rozmawiając z miłą osobą. A może do niej przemawiając?
Jego oczy lśniły jak grzechy aniołów, uśmiech był jak upadek świętych.
lemiel@jabber.wp.pl
Komentarze:
jest zdziwiona, zaskoczona i zaszczycona
bardzo to miłe
:)
Pewne dobre pomysły należy wykorzystywać...
Hm. Hm. Hm.
Co to za spontaniczne (?) spotkanie było i czemu ja nic o tym nie wiem (nie, żebym w stolycy była, ja tylko z ciekawości tak ;)?
Hexuś — kolejna edycja Urban Playground… MisiekF u siebie ogłaszał...
Ojeja y… e… no zarumieniłam się, że mnie ktoś nazwał drobną i zadziornie uśmiechniętą :))
A tak nie jest?
Nie no jest ale no wiesz zawsze to tak miło się dowiedzieć od osoby trzeciej :P
Kurczę, jak ja lubię czytać o Warszawie siedząc w Londynie :D Jakbym kiedyś wrócił do Polski, to chyba tylko tam, albo do Gdyni :D To może ja coś dorzucę, z tego co pamiętam – słoneczko, Praga o siódmej rano, droga do autobusu między blokami, pachnące banany w warzywniakach, autobus, Wisła, Empik :D Tutaj mamy namiastkę, czteropiętrowy „Borders” ze Starbucksem, ale jakoś nie ta atmosfera… W Tate Modern nie byłem. Ile razy tam „szłem” to zawsze kończyłem na Soho :D
Trackbacki:
Urban Playground
W minioną niedzielę, jak zapewne niektórzy wyczytali u lemiela, miałem okazję brać udział w kolejnej edycji Urban Playground w Warszawie. Żeby nie było, że nie miałem co robić… Ledwo zdążyłem, a wszyscy obecni na miejscu z pewności[...]
Dodaj komentarz:
Możesz używać Markdown bez obrazków.