Bicykl(7) , Ciuchy(10) , Humor(75) , Jedzenie(36) , komentarze(3) , Kultura(63) , Miniblog(144) , Mozilla(5) , Nauka(18) , Polityka(16) , Praca(12) , Radio(9) , SeaMonkey(2) , Skrzaty(3) , Tech(151) Tylko mebel(32) , Varia(291) , Zabawki(2) , ziewnik(45) , Zwierzaczki(7) , Życie(330) , London story(4)



Dorsz a sprawa Polska

29 października 2007 | 21:34:29 | Kategorie: Jedzenie, Zwierzaczki | 26 komentarzy | Permalink

Dorsze. Tyle o nie hałasu. Jakieś limity połowu. Przetrzebione ławice…

A kiedy ostatni raz jedliście dorsza?

Ja nie pamiętam, żebym kiedyś jadł dorsza. Siostra zapytana, czy jedliśmy kiedyś, stwierdziła, że „dawno to się jadało wędzonego dorsza, ale czy ty już byłeś wtedy na świecie…?” Dzisiaj widziałem mrożony filet z dorsza w sklepie, ale nie przypadł mi do gustu…

Pierwsza Pomoc Przedmedyczna

23 października 2007 | 22:40:37 | Kategorie: Nauka | 10 komentarzy | Permalink

Możesz pomóc, nie bój się…

Byle z głową!

Trzy godziny spędzone na oglądaniu prezentacji i słuchaniu tłumaczenia jej przez prawdziwego ratownika. A potem trening na fantomie, mnie oraz innych.

W sumie niewiele wiedzy, ale jak użytecznej. Podstawy prawne — np. masz prawo jazdy, to przeszedłeś przeszkolenie z udzielania takiej pomocy — wielkie oczy nie? Albo o zaniechaniu pomocy… Standard ratowniczy, łańcuch ratowniczy. Rokowania na przeżycie. Bezpieczeństwo własne, ocena reakcji pacjenta. Do kiedy uznawać go za nieprzytomnego? Udrożnienie dróg oddechowych, kontrola oddechu. Wzywanie pomocy. Resuscytacja. Wstrząs. Krwotok. Wypadki drogowe.

Tracheotomia jest oczywiście prosta, ale po treningu, do tego też są fantomy… To nie tak jak na filmach, długopisem ciach trach i jest…

Uciskanie mostka — trzeba mieć jednak trochę pary, można się solidnie zmęczyć, ale odpadło to głupie mierzenie odległości w jakiej uciskać, po prostu na środku mostka. No i co trupowi po całych żebrach w razie czego, co? Wdmuchiwanie powietrza, na spokojnie, bez przesady z ilością, byle sczelnie objąć usta i był dopływ do płuc otwarty. Pozycja boczna ustalona — żeby się nie zadławić, np. wymiocinami (kwas solny bardzo źle wpływa na płuca) albo krwią. Takiego nieprzytomnego pijaka leżącego gdzieś w trawie można np. „uratować” jeśli się brzydzimy obracając go na bok obutą nogą…

Takie proste rzeczy, niby oczywiste, a jednak… Chociaż nie zamierzam chodzić po mieście z „patrolującym” wzrokiem wyszukującym „ofiary” do udzielania im pomocy… Zgodnie zresztą z dobrą radą instruktora.

Świetna sprawa. Od dawna nabycie takiej wiedzy mi się marzyło. Wiadomo, to co napisałem, po dwóch godzinach szybkiego szkolenia to chaos, ale fachowców jest niewielu, na Joggerze pewnie AliceQ by więcej i sensowniejszego napisała.

stream of consciousness

14 października 2007 | 23:45:01 | Kategorie: Życie | 10 komentarzy | Permalink

Wstałem z bólem około 9:30. Wstawiłem pranie, umyłem, się, zjadłem na śniadanie 3 berlinki. Z musztardą bawarską Develeya i ketchupem pikantnym z Pudliszek. Popatrzyłem trochę w komputer. Niestety nie mogłem tego robić w stroju Adama, bo nie byłem sam w mieszkaniu…

Od paru dni denerwował mnie hałasujący wiatrak w kieszeni na dysk i wyprawa na giełdę była nieunikniona. Tylko po to, żeby kupić nowy, ale jaki duży?

Wyjąłem kieszeń z dyskiem, ale wentylator w części nieruchomej…

Zdjąłem boczne klapy od obudowy i zonk, trzeba by to odkręcać — nie chce mi się, może jak zmierzę to będę wiedział jaki duży ma być. Wyjąłem małą zwijaną metrówkę, 4 centymetry wysokości ma obudowa na kieszeń — mogę jechać na giełdę. Ale o 16 ma być kolejne Urban Playground, jest 12 to już nie będę wracał, biorę książkę na drogę „JA” Tadeusza Niwińskiego, mapę Warszawy, długopis w kieszeni kurtki noszę standardowo. I idę na tramwaj -- piękne słońce świeci, nie będę jechał pod ziemią metrem…

Wyszedłem z klatki, jednak słońce było tak oślepiająco białe — dobrze, że zabrałem też okulary przeciwsłoneczne.

Na tramwaj trzeba było poczekać ładnych kilka minut, wyścig wygrało 35, przyjechało praktycznie puste, usiadłem, wyjąłem książkę i zacząłem czytać, nakleiłem w interesujących mnie szczególnie miejscach kilka pasków do zaznaczania.

Na Stawki przesiadłem się w coś innego, bodajże 33, ale to było już zapełnione, dobrze, że nie czekałem na nie te 4 minuty na pierwszym przystanku, chociaż na stojąco też się dało czytać, a w 35 mimo wszystko się niezbyt wygodnie siedziało, bo wóz był stary z tymi blisko osadzonymi fotelami i było mi ciasno, a przecież nie jestem wysoki…

Na giełdzie obszedłem całość, chociaż i tak wiedziałem gdzie ten wentylator będę kupował, 40 milimetrowe były najmniejsze i sprzedawca potwierdził, że to właśnie taki ma być. Ale wentyle podrożały, taki sam kupowałem na Radeona jak się okazuje i kosztował 15 złotych a dziś dałem 20…

Ale co zrobić… Przynajmniej teraz jak to piszę niewiele słychać…

Pooglądałem jeszcze skanery, niewiele ich, nie są już widać popularne… A jakiś w końcu trzeba kupić, od jakichś dwóch lat chcę kupić jakiś, żeby zeskanować domową kolekcję zdjęć.

Ale giełda się zmniejszyła trochę, chyba wpływ sklepów internetowych, no i główne „sklepy” może zmniejszyły liczbę stoisk. Wyszedłem. Po drodze zahaczyłem o ścianę, pięć dych z moich skromnych zasobów do kieszeni, której zawartość nadszarpnąłem kupując tego Revolteca.

Pojechałem do Empiku metrem, niewiele udało mi się przeczytać.

Empik w Juniorze odnowiony już prawie całkowicie, na 20 zapowiadają występy kabaretów, ale nie będzie mnie raczej w Warszawie wtedy, to nie skorzystam, obejrzałem gazety na parterze i pojechałem na górę, zmienili kolejność, na pierwszym płyty i multimedia -- może będą lepiej dzięki temu schodzić, a dopiero na drugim książki, obszedłem stoisko z psychologią i fantastykę. Książek Łukjanienki nie znalazłem na półkach. Ale wypatrzyłem „Podatek” Mileny Wójtowicz. I jeszcze nowszą „Załatwiaczkę”. Ale mimo, że bohaterki obu mają na imię Monika, to ta pierwsza chwilowo lepiej mi przypadła do gustu. Z „łupem” udałem się do kasy. Zapłaciłem, dając kartę Premium Clubu do naliczenia punktów. Okazało się, że Empik rezygnuje od listopada ze współpracy z nimi. Dostałem kopertę z informacjami Zaklejoną.

I w końcu coś, co chciałem zrobić od dawna. Usiąść nad książką z przysłowiową kawą i może ciastem w kawiarni. A tu mini barek na miejscu. Prawie jak w Tate Modern. Skusiło mnie cappucino. Ciasto nie. Poskąpiłem. W sumie nie wiem dlaczego. Jak teraz myślę, to wyszło mi, że żaden kawałek nie wyglądał apetycznie. Bo jakby był sensowny kawałek szarlotki takiej jaką potem widziałem w CoffieHeaven to bym się skusił… Usiadłem przy oknie z widokiem na PKiN i spędziłem tam około godziny. Przeczytałem 96 stron i wydłubałem z koperty dwa kupony rabatowe. Do sklepu internetowego i empik foto.

Zadzwonił MisiekF upewniając się, czy będę na UP. Wyszedłem pytając wcześniej ochrony o WC. Jest. Obok Zaplecza dla personelu.

Po drodze McDonalds i jeden hamburger. Śmieciowe jedzenie, ale na szybko... Cóż. Czasem. Może mi jeszcze brzuch nie urośnie od tego. I spacerek Świętokrzyską na Tamkę.

Na miejscu już jest Ania, Nnb i oczywiście MisiekF. Ale z tej Ani drobna dziewczynka i tak fajnie zadziornie uśmiechnięta, Piotrek zresztą też. A ile w nich energii. Po chwili dołącza Sznik. A ten faktycznie młodo wygląda… Semp się spóźnia. Ale ludzi mało. Nie ma gonitwy za kartami. Ruszamy. Nie za tłumem i w spacerowym tempie. Znajdujemy oczywiście niewiele punktów, ale przecież to tylko zabawa. Nie musimy tak jak niektórzy zmieniać: „Tego trzeciego miejsca ostatnio”. Na peronie byliśmy siódmym gangiem. Na miejsce zbiórki dotarliśmy tuż przed czasem znajdując jeszcze dwa najbliżej położone punkty kontrolne. Czekała na nas Ania Michała. Semp znowu się spóźnił. Koloru tym razem nie trafiliśmy bo wylosowany został czerwony. Rozeszliśmy się.

Ania z Piotrkiem pojechali do siebie, a my resztą ekipy udaliśmy się autobusem do Złotych Tarasów. Byłem tam pierwszy raz. Kolejna galeria handlowa… Trochę przypomina Krakowską koło Dworca Głównego (ilością poziomów). Wizyta w Saturnie — ale te karty garficzne drogie. I do CoffeeHeaven. Tłumy. Jednak znalazło się miejsce. Każdy coś sobie wybrał. Ja dużą herbatę z zielonej limetki i muffina jagodowego. Pogadaliśmy, padło brzemienne zdanie: „To tylko Ja tu mam jeden telefon komórkowy przy sobie?” I poszliśmy na tramwaj. Michał z Anią poszli do Arkadii, a ja ze Sznikiem pojechaliśmy dalej do siebie. Wysiedliśmy i umówiliśmy się na „kiedyś”. Przyszedłem do mieszkania, wymieniłem wentylator, zjadłem zupę i frytki. A teraz siedzę i to piszę…

Przy okazji rozmawiając z miłą osobą. A może do niej przemawiając?


Jego oczy lśniły jak grzechy aniołów, uśmiech był jak upadek świętych.

Ultimatum Bourne'a

14 października 2007 | 00:16:12 | Kategorie: Kultura | 4 komentarze | Permalink

Byłem w kinie. Rewelacja! Twardziel 4.0 może się schować. Kawał porządnego kina akcji. Przegapiłem „Krucjatę Bourne'a”, ale jeśli lokuje się pomiędzy „Tożsamością” a „Ultimatum” to mam czego żałować. Akcja trzyma w napięciu od samego początku, najlepsza miara to to, że śmiałem się tylko dwa razy, ale jakoś bardzo głośno — co poradzę, że od paru dni mam rewelacyjny humor. Aż się siedzące poniżej dziewczyny kilka razy oglądały, na koniec oczywiście przy świetle również. Bo oni się po prostu tłukli, z lekką domieszką czegoś ze wschodu, zero parkourowych akrobacji jak w „Szklanej Pułapce”, bo skakanie po dachach i balkonach w Maroku to nic takiego. I jazda samochodami z kraksami i pomysłami… „Zjechał z dachu…

Czytaj dalej...

09 października 2007 | 23:35:14 | Kategorie: Varia | 22 komentarze | Permalink

zasypiam, gdzie moje zapałki?

jeż i jabłka

06 października 2007 | 11:59:20 | Kategorie: Jedzenie, Zwierzaczki | 15 komentarzy | Permalink

W dzieciństwie „wyprali mi mózg”. Pamiętam wiele obrazków z uśmiechniętym jeżem niosącym na igłach jabłko, na dodatek stojącego w otoczeniu tych jabłek… Co prawda w czytanym później kilkukrotnie „Lecie leśnych ludzi” jeża karmili mlekiem i wątróbkami, ale co obrazek to obrazek…

Jak w ogródku wieczorami pojawiał się jeż i pies szalał dookoła niego, to dawałem go za płot, poza zasięg psa i kładłem obok małe jabłko. Rano oczywiście jeża nie było, ale jabłko tak. Tłumaczyłem sobie, że przestraszony nie chciał i wolał odejść w spokoju. Do jakichś uczonych książek czy innych materiałów nie zaglądałem.

A tu dziś rano, urywek audycji w PR1 i Dorota Sumińska mówi: „Jeż jest owadożerem, nie lubi jabłek, lubi kocią karmę…”

Świat runął. Trzeba coś wymyślić do wiosny—lata, żeby podrzucać temu jeżowi, który się pojawi na działce… Niech w końcu coś zje. Wątróbki pewnie nie będzie akurat w zapasach, ale może coś innego. Kota nie ma, ale może psie chrupki by zjadł? Chyba, że za suche…

pantoflarz na 88%

03 października 2007 | 23:43:13 | Kategorie: Humor | 23 komentarze | Permalink

Jak zobaczyłem na blipie linka do testu na pantoflarza, to się uśmiechnąłem i oczywiście kliknąłem http://pantoflarz.o0o.pl/.

Przeczytałem opis wstępny i roześmiałem się na głos. Miałem jedno bezpośrednie skojarzenie…

Pewnie się teraz zastanawiasz ile razy kupiłeś jakiejś babce ekskluzywne perfumy, ile razy szorowałeś dla niej samochód, ile razy robiłeś kanapeczki do łóżka... myślisz sobie pewnie, że piwo, które stoi w Twojej lodówce to dowód na to, że jesteś prawdziwym macho i zatrze wszystkie romantyzmy, których dopuszczałeś się w przeszłości? Zobaczmy zatem...

Miałem go nie robić, ale wstawiłem linka w opis i dostałem wynik od znajomemu, któremu wyszło tyle samo i na dodatek stwierdził, że są tylko 3 pytania, to mimo rzęs na zapałkach będę w stanie go zrobić. Wyszło mi 88% tak jak jemu. Po kilku próbach zszedłem do 80%… Więcej mi się nie chce próbować.

Trzeba pochwalić autora/autorów — opisy pytań i wyników są rewelacyjne.

Kto zrobi mniej niż 80%?

Tagi: , ,

« Wcześniejsze wpisy | | Nowsze wpisy »

lemiel@jabber.wp.pl

nie ma mnie

mail: lemiel na wp.pl