Bicykl(7) , Ciuchy(10) , Humor(75) , Jedzenie(36) , komentarze(3) , Kultura(63) , Miniblog(144) , Mozilla(5) , Nauka(18) , Polityka(16) , Praca(12) , Radio(9) , SeaMonkey(2) , Skrzaty(3) , Tech(151) Tylko mebel(32) , Varia(291) , Zabawki(2) , ziewnik(45) , Zwierzaczki(7) , Życie(330) , London story(4)



Bo to niedobry dysk był

31 lipca 2007 | 23:15:53 | Kategorie: Tech | 3 komentarze | Permalink

Mój komputerek jest już dosyć leciwy. Athlon 750 nieco wolny jest na obecne czasy. W sumie BIOS płyty po ostatnim uaktualnieniu obsługuje procesory do Athlona XP 2600+ na magistrali 266 MHz. Ciężko zdobyć taki procesor teraz, zarówno na giełdzie, jak i w serwisach aukcyjnych. W marcu wypatrzyłem na Allegro aukcję z procesorami 2400+. Ale przecież mi niepotrzebny taki szybki, do czego ja używam komputera, nie gram, a kompresja jednej na rok płyty do Vorbisa nie musi być błyskawiczna. Ale przecież to będzie szybszy komputer! Po prostu, lepsza zabawka dla dużego chłopca. Po kilku dniach wahania zalicytowałem. Czyli, potrzebny będzie nowy wentylator z radiatorem. Może taki bajerancki świecący w ultrafiolecie? Nieee... Wyszukałem na Cooling.pl "Coopera Lite" z Arctic Cooling. Ładny, prosty, cichy, tani. I tramwaj obok jeździ... I płytki separującej, do ochrony rdzenia nie potrzeba bo ma lepszy system mocowania...

Przyszedł czas wymiany. Zrobione. Działa. Ale, no właśnie, po jakimś czasie komputer zaczął się zawieszać, tak na twardo. W najmniej spodziewanym momencie. W pewnym momencie padł i więcej się nie podniósł słynny system dwa tysiące. Na szczęście miałem zainstalowany drugi , mało używany, taki z długim okresem wsparcia. Ten działał. Ale wieszał się tak samo. I na dodatek uruchamiał się z dziesięć minut wypisując na konsoli coś o urządzeniu DM-0 przy inicjalizacji Volume Enterprise Managera, o którym w sieci nic, tylko jakieś głupoty o IRQ pool. I trwało to ze dwa miesiące. W końcu nie wytrzymałem. Muszę coś z tym zrobić. Może to dysk, a może płyta się gryzie z procesorem i przy okazji padów poleciał dysk?

Przyszła sobota. Jak zwykle wstałem wcześnie, koło jedenastej. Przyszła mi do głowy myśl: "a może by tak po płytę na giełdę"? Nawet dość szybko się wybrałem. Na giełdzie płyty są, sto trzydzieści złotych. Leży sobie taka MSI KT4VA. Fajna. Ale czy aby na pewno mi ta zmiana jednak potrzebna. W sumie to dużo kasy... Jeszcze przyszli jacyś ludzie o nią pytać, ale chcieli KT3 i po telefonie do informatyka zrezygnowali, bo jak wróciłem po obchodzie to jeszcze leżała. Za dychę mniej poszła. No ale to płyta na DDRach, a ja tylko SD. Kolejna stówa z okładem na pół giga... Przywiozłem do mieszkania. Tylko jeszcze jedna obawa - czy mój stary Radeon nie spali płyty. Przekopywanie się przez specyfikacje AGP na wuwuwu. Brak pewności, że zadziała, ale i ochoty na kolejny wydatek też mało. W końcu Anetka mnie utwierdziła w tym, że zabangla. Więc, może nawet obiad zjadłem zanim zacząłem wymieniać starą na nową. Tyle, że ta wymiana trochę potrwała i rower musiał kolejny dzień poczekać. Ale jak już zaczęła maszynka działać... Sound Juicer do Vorbisa zgrywa się w oczach... Update Dappera na Feisty i voila. Ale tak jak gdzieś pisali na forum, lepiej robić świeżą instalkę niż aktualizację.

Ale dysk dalej nie działający, 200 GB piechotą nie chodzi... W któryś z kolejnych weekendów, wczesnym niedzielnym wieczorem wymyśliłem, że może by tak zmienić dysk, nudzę się, to akurat się przeinstaluje system. Bo to i bezpieczniej dla danych. I jaki? Tylko gdzie go kupić? Może w Saturnie w Arkadii? W Saturnie nie było WDC 300 GB (a co, jak szaleć to szaleć). Ale był w PTRze. Jeszcze tylko ściągnąć instalkę Feisty (w pracy, po pracy, bez porównania szybciej). W wtorek przyszedł czas na zmiany. 30 GiB NTFS, 30 GiB ext3 na /, 1 GiB swap i reszta na /home w ext3... Działa, splash na początku nie mruga, nowe Skype się akurat pokazało (i tak nie mam z kim rozmawiać...) i parę innych bajerów... No i jestem zadowolony.

Albo raczej byłem. Bo zachciało mi się VMware Server instalować. No i ta maszyna beznadziejnie zaczęła chodzić... Chyba mocno zaczęło swapować... Więc... Niechętnie, ale z wielką jednak przyjemnością znalazłem tuż przed czternastą prawie że identycznego dimma z gorącym RAMem. I w końcu ta wirtualna maszyna zaczęła działać dobrze, nawet lepiej niż na laptopie z Core2Duo...

Mam nadzieję, że to koniec unowocześniania komputera stacjonarnego... Tylko muszę sprawdzić, czy na dysk nie ma przypadkiem jeszcze gwarancji...

Dziwne pytanie

31 lipca 2007 | 18:57:49 | Kategorie: Życie | 27 komentarzy | Permalink

A czy teraz zarobki rekompensują Ci to, że jesteś w Warszawie?

Dziwne pytanie z fajnych ust. I właściwie… To jak na nie odpowiedzieć. W sumie raczej pozytywnie. Ale podobno poniżej średniej. No i ponad dwa razy mniej od takiego Talibana… I ta Stara Miłosna…

I…

W sumie to już nic nie wiem…

Prąd i śrubokręty

31 lipca 2007 | 18:47:29 | Kategorie: Tech, Życie | 8 komentarzy | Permalink

— Sprawdziłbyś dlaczego wirówka nie działa.
Sprawdzam. Włączam do kontaktu. Przekręcam włącznik. Nie działa. Jeszcze raz. Dalej nie działa.
Wyłączam z kontaktu. Przekręcam ją na bok. Patrzę — wygląda na sprawną, nic nie śmierdzi.
Rozkręcam włącznik. Przynoszę miernik. Omomierz nie pokazuje nadmiernego oporu. Działać powinno. Może to silnik znowu trzeba przewinąć? A może padł kondensator?
Poddaję się.
Może trzeba już kupić nową? Ta ma ze dwadzieścia lat…

Minęło kilka dni.
— Wiesz, wirówka działa — w kontakcie nie ma prądu.

Po kilku dniach sprawdzam — faktycznie nie ma… Rozbieram kontakt. Dalej nie ma. Może coś w puszce się poluzowało. Ale w której? Może w tej tu? Ale z braku „laku” nie biorę się za naprawę. Musi poczekać…

Po miesiącu wykuwam puszkę z tynku. Tylu przewodów w jednej jeszcze nie widziałem.
Włączam światło. Wykręcam trzy bezpieczniki. Światło świeci się dalej. Wykręcam kolejne trzy. Po którymś zgasło.
Ale jeden z bezpieczników dziwnie wygląda — przyjrzę mu się później.
Odwijam izolację z przewodów. Faktycznie. Jeden urwany. Włączam bezpieczniki. Zwieram urwany drut. A w kontakcie? Dalej fazy nie ma… Dokręcić się nie da, za krótki. Na kostkę nie ma miejsca.
Wpadam na genialny pomysł. Przylutuję. Tylko skąd wezmę prąd? Może z drugiego zestawu bezpieczników? Tak, w tamtym kontakcie jest wtedy prąd.
Zlutowałem. Wkręciłem drugi zestaw bezpieczników.
Fazy dalej nie ma. A to urwane to chyba od zerowania. Może… No właśnie, może… Sprawdzam ten dziwny bezpiecznik.
Taak, przepalony.
Jest mi bardzo miło. I jestem bardzo spokojny.
Wymieniam go. Oczywiście w kontakcie jest prąd… W takim razie od czego było to urwane zerowanie? Chyba się nie dowiem, nie mam ochoty pruć ściany.
Ale trzeba je jeszcze raz wykręcić i zaizolować końcówki. Założyć pokrywkę puszki i zagipsować (nie znoszę zaprawy i ziemi).

Przyszła pora na automaty chyba. Tylko, że to aż sześć sztuk… Ile ja muszę na to pracować? W ogóle to po ile one są? I najważniejsze:
Pamiętaj elektryku młody — bezpieczniki, nie przewody!


A dziś przykręcałem drzwi do szafy 19". Wkręciłem śrubę, wyjąłem śrubokręt i poszedłem przykręcać kolejną śrubę na drugim boku. Przykładam śrubę, podnoszę śrubokręt i eureka — gdzie ta gwiazdkowa końcówka, gdzie u … wypadła?
Padam na kolana. Nie ma, no nie ma nigdzie. O, coś tam pod szafą jednak jest. Wyjmuję. Jest. Inna — Ph. Szukam dalej, nie ma, ale jest nasadka na nakrętki M…
Może wkręcę ręcznie trochę i potem coś wymyślę? Próbuję. Jedna poszła trochę. Wracam na pierwszy bok, próbuję. Nie chce iść. No nie. Tak nie może być. Podnoszę głowę do góry, żeby spojrzeć jak przykręcona jest ta u góry. Może wytrzyma? Ona wytrzyma. Zwłaszcza wzmocniona nasadką w sobie… Pysznie, po prostu pysznie.


Znaczy starość nie radość. Kreatywność mi się kończy?

die Twardziel 4.0

24 lipca 2007 | 23:29:53 | Kategorie: Kultura | 7 komentarzy | Permalink

Fajny, dużo akcji. Ten „Kung-Fu shit” faktycznie przechodzi na dalszy plan, bo jest nowy trend „Parkour”, no może z niewielkim dodatkiem elementów któregoś stylu walki, kolejna rewolucja po Matrixowych efektach — wrażenia są niesamowite. Jednak w starciu z efektami siłowni i joggingu w wydaniu Bruce'a i specjalnie wstawionymi do filmu wymyślnymi wentylatorami* nie mają szans…

Intryga oparta na fajnym pomyśle — ale prawdziwi hakerzy pewnie wiedzą co to jest „wyprzedaż po pożarze”. Ja bym musiał poczytać.

Inżyniersko, dziwnie. Komputery na jakimś *nixie, może nawet jakieś BSD — ten diabełek jako podejrzanie duży awatar w czacie na początku. Oczywiście wszystko animowane w ilościach nielimitowanych. Adresy IP z zakresów nierutowalnych 172.16.x.x i 10.x.x.x. To pewnie one pozwalają włamać się do każdej sieci rządowej. I dlaczego wszyscy mieli naciskać akurat klawisz Delete, żeby się przenieść w niebyt za pomocą nie wiadomo kiedy zamontowanego C4? — Neo naciskał Escape jak chciał przerwać włamanie Trinity… I ta sterylnie czysta serwerownia w formie okręgu. Łączenie się ze starej Nokii przez satelity — fajnie brzmi. CB radio i radio na Low Band... Gaz pchany przez tłocznie tak na życzenie do jednego punktu, cóż, pewnie w USA mają nowocześniejszą sieć przesyłową — akurat w okolicy były same dwukierunkowe tłocznie. I sam się zapalił, bo go po prostu dużo było… Prędzej by się potruli czy udusili niż on by wybuchł… Jeszcze te szyby naftowe po drodze.

Komputerowców wyśmiali — pamiętacie ostatnie testy na geeka i pytania z seriali, a oni mieli figurki z bohaterami, prawie jak zbiór w „40 Years Old Virgin”.

Ale Bruce był świetny.

I tym razem, niestety oglądali się na mnie, jak się zacząłem głośno śmiać gdzieś na początku… Jak mogli!


  1. Wentylatory — w „Galaxy Quest - Ko(s)miczna załoga” wyśmiali takie specjalnie dla efektów filmowych wstawione do korytarza młoty.
  2. Przedrostek „die” w tytule, bo dawno temu myślałem, że oryginalny tytuł jest po niemiecku…

trzynaście i pół centymetra biegiem

24 lipca 2007 | 22:08:26 | Kategorie: ziewnik | 12 komentarzy | Permalink

Na mapie. Czyli 3510 metrów w terenie. Tyle dziś przebiegłem w ramach pierwszego treningu. Niewiele. Zabrało mi to 20 minut, bardzo wolnym i ciężkim truchtem. Może za dwa miesiące będzie lepiej — taaak, na pewno, świeżo po urlopie…

Zbierałem się od jakichś trzech miesięcy i w końcu uznałem, że chyba nie mogę się więcej ociągać, bo znowu przyjdzie mroczna zima… Pewnie podziałał też wpis Ani o przekroczeniu 200 kilometrów. Te statystyki na www chyba mocno mobilizują… GPS by się przydał do pomiarów, a nie drucik wyginany po obrysie ulic na planie. Tak, miłośnik gadżetów się we mnie odzywa. tym razem musiał wystarczyć tylko nienoszony od czterech miesięcy zegarek, w którym specjalnie na okoliczność biegania wymieniałem dwa miesiące temu wyczerpaną baterię… Ale i tak byłem sprytny, bo wybrałem trasę taką, żebym mógł wrócić autobusem w razie niepowodzenia. Trasa ma dwa minusy — twarda, po betonach chodników i przy momentami ruchliwych ulicach. No i jest za krótka. Przyjdzie las odwiedzać…

Tylko czy ja się jutro będę w stanie w miarę normalnie poruszać?

pizza

21 lipca 2007 | 19:07:27 | Kategorie: Jedzenie | 14 komentarzy | Permalink

Miałem ochotę na pizzę. I zrobiłem sobie, sam.

40 dag mąki, 5 dag drożdży, 375 ml mleka, dwie łyżki oleju, szczypta soli, łyżeczka cukru, odrobina szynki, jedna cebula, 47 dag podduszonych pieczarek i 49 dag sera. No właśnie, na taką standardową brytfannę (blachę), chyba jednak ciut za dużo, zwłaszcza dwóch ostatnich składników. Tak o jedną trzecią…. Ale przecież nie zaszkodzi pomyślałem w sklepie…

Zawołałem współlokatorkę i zabraliśmy się do jedzenia. Dobra jest. Tylko... No właśnie. Zjadłem z dużymi problemami 1/6 a ona 1/12. I pas. Może ktoś chce kawałek? Jeden obiecałem komuś tam gdzieś w Polsce, ale sami reszty nie damy rady… Będzie na śniadanie, obiad i kolację. Na kilka dni…

Twierdza szyfrów — zajawka

21 lipca 2007 | 16:02:05 | Kategorie: Kultura | 4 komentarze | Permalink

Właśnie widziałem na Jedynce zajawkę „Twierdzy szyfrów” Wołoszańskiego. Stenka fajnie wygląda. Reszta to normalnie. Ciekawe, czy nie będzie zbyt dokumentalny i sztywny? Oby nie. Historia mimo pewnej mdłości — wątek miłosny z Gruszką i Małaszyńskim w roli głównej — zapowiada się interesująco… Czyżby nowa „Stawka większa niż życie”?

Shr3k

16 lipca 2007 | 22:53:30 | Kategorie: Kultura | 8 komentarzy | Permalink

Zaczyna się jak Batman…

I w sumie na tym mógłbym zakończyć ten wpis. Bo jak zacząłem się śmiać, a chwilę potrwało zanim skończyły się oczywistości, które jakoś mnie hamowały, to to co wymyśliłem do zapisania zapomniałem, łącznie z super-hiper fajnym tytułem.

Shrek wcale nie taki fajtłapowaty jak czytałem. I kogo dubingowała Ola Kwaśniewska?

Midnight Sun - czyli w upał pod namiotem

15 lipca 2007 | 22:32:21 | Kategorie: Varia | 9 komentarzy | Permalink

Miał być cyrkowy występ z tańcem Midnight Sun polecony przez KAnusię. Ale oboje nie doczytaliśmy — małe literki były i jeszcze się nie zawijają u mnie — że to zapis z 2004 roku… W takim wypadku faktycznie możliwe do pokazania na dziedzińcu Zamku Królewskiego. Po 29,99 kilometrach na rowerze w popołudniowym upale wybrałem się nieco opóźniony, bo prysznic i obiad. Wszedłem na dziedziniec. Wielki namiot. Nawet nie za dużo ludzi. Wolne miejsca. Siadam na jednym. Ale po chwili musiałem wyjść. Nie ma wentylacji, namiot nagrzany, a po całym dniu nie wszyscy byli w miarę świeży. I zapach był okropny. A Pan w swej łasce obdarzył mnie czułym powonieniem więc nie zdzierżyłem.

Miałem ze sobą „Miecz Aniołów” Jacka Piekary (ten emfazowany tekst to praktycznie cały z niego) więc poszedłem kupić loda włoskiego, liżąc loda usiadłem na ławce i na godzinę aż do zachodu Słońca oddałem się lekturze. Przerywanej co jakiś czas głośniejszymi dźwiękami dobiegającymi z miejsc tuż obok mnie albo spod Kolumny Zygmunta, pod którą ruszali się breakdanceowcy i nieco dalej jakaś grupa tańcząca chyba Salsę — całkiem fajnie im szło, takie miękkie ruchy mieli — przyjemnie było oderwać na chwilę wzrok znad zadrukowanych kart.

Jak podnosiłem głowę, to też tak przypadkiem akurat przemieszczały się przed moimi oczami pary. Szczupłe kobiety i brzuchaci faceci. Kosmos. W drugą stronę nie jestem pewien ilości obserwacji. Czyżby według wyczytanego gdzieś ostatnio hasła: „Kto nie ma brzucha ten się słabo rucha”? :D

Tym miłym akcentem stwierdzam, że powinienem iść spać bo ze zmęczenia głupoty wypisuję. Dobranoc.

Polecany aromatyczny krem z brokułów

15 lipca 2007 | 22:04:53 | Kategorie: Jedzenie | 21 komentarzy | Permalink

Wieczorem ugotowałem brokuła (ten tego?). Długo, z godzinę — nie wiem ile powinno to trwać? Woda bez soli. Prawie nic oprócz ziemniaków nie solę — a może to powinienem?
Przez długą noc ostygł.

Po południu wrzuciłem go do dzbanka miksera (blendera nie było w sklepie do dokupienia), dolałem wody i wspomagając się wstrząsami od czasu do czasu, zmiksowałem na krem. Dodałem pół stugramowego serka (może za mało?) i też zmiksowałem.

Wyglądało to nieszczególnie, pachniało i smakowało też, taka zmielona trawa. Prawie jak zmiksowana zupka dla małego dziecka (było takich czworo w najbliższej rodzinie — miałem okazję spróbować). Błe — i ja chcę to jeść?

W międzyczasie zagotowałem niecałe pół litra wody (bo trochę musiałem dodać do miksowania). Dodałem kostkę bulionu drobiowo-wołowego z Winiar.

Przelałem zawartość dzbanka. Zagotowało się. Spróbowałem — mało słone. Jeszcze pół kostki rosołku dorzuciłem. Lepsze.

Aaaa. Bazylia. No tak. Też mam tylko taką w torebce. Nasypałem solidną ilość do garnka. Pogotowałem. Już lepiej pachnie.

Miał być jeszcze groszek ptysiowy. Mam, ale w sobotę do pieczarkowej się nie sprawdził. Twardy jakiś taki. Nie nasiąkał. Dziwnie się jadło. Pokruszyłem do miseczki. Natarłem żółtego sera (Sokół z Mlekowity — mój ulubiony). I zalałem zupą. Dość gęste to zrobiłem (takie lubię, co poradzę).

Wymieszałem, poczekałem chwilę. Spróbowałem.

Niebo w gębie! Trawa zniknęła!

Miał być komentarz u Weroniki pod aromatycznym wpisem, ale za długi mi wpis wyszedł, będzie musiała się zadowolić trackbackiem... Może mi wybaczy nietakt? :P Ale podziękowania za przepis Jej się należą!

« Wcześniejsze wpisy | | Nowsze wpisy »

lemiel@jabber.wp.pl

nie ma mnie

mail: lemiel na wp.pl