lemiel@jabber.wp.pl

nie ma mnie

mail: lemiel na WP.pl

lemiel



London story — part two — majnd de gap

London story — part one — djabolik maszin «

Obudziłem się po 8 czasu lokalnego, poranne ablucje i jakieś bardziej zaawansowane planowanie co udam się zwiedzać w sobotę, wszystko to czyniąc tak, aby robić jak najmniej hałasu, żeby nie obudzić kuzynostwa. Ale jednak obudzili się i wstali zrobić zapowiedziane śniadanie w stylu lokalnym, które robią wszystkim swoim gościom. Bekon pieczony w piekarniku, fasolka (chyba smażona), dżem i jajko sadzone (hmm, chyba, nie pamiętam dokładnie). Bekon, to takie coś niespecjalnego. Pozwijał się i taki gumowy był. Ani to nasz boczek, ani jakieś inne mięso. Bekon w USA jest według opowieści kolegi taki sam. Najlepsza z tego wszystkiego była fasolka. Za oknem widać było oświetlony przez wschodzące słońce plac przygotowany do budowy budynku, jednak leżący już nie w Westminsterze tylko w City of London. Podzieliłem się wymyśloną trasą, dostałem klucz, dodatkowe wskazówki i poszedłem.

Dotarłem do stacji metra. Z pięćset metrów to było, ale jakoś nie czułem tej odległości. Kompletnie inaczej niż jakbym szedł gdzieś w Polsce… Po drodze mijałem szkołę podstawową. Taki niski budynek z cegły za wysokim murem, ze specjalnymi oznaczeniami na jezdni przed bramą do niej. Na stacji Queens Park znowu lekko drżącym głosem kupiłem w jednej z dwóch kas Day Travel Card i usiłowałem wejść na peron przez bramki. Tylko którędy i co zrobić z kartonikiem wielkości karty kredytowej z naniesionym paskiem magnetycznym. Strażnik (murzyn oczywiście) wskazał mi uprzejmie, którą bramką wejść i gdzie włożyć kartę. Peron był na powietrzu, nie pod ziemią. Do tunelu wjeżdżał dopiero za tą stacją. Były dwa perony, jeden dla normalnej kolei, drugi dla metra i w pierwszej chwili chciałem wejść na ten dla zwykłej kolei, ale doczytałem napisy, że to jednak niewłaściwy. Jak schodziłem po schodach to właśnie coś odjeżdżało. Takie inne. Stanąłem na peronie i wyciągnąłem mapę. Po chwili jakaś kobieta zapytała czy nie potrzebuję pomocy, zdziwiony tym, że ktoś się tak zapytał podziękowałem spokojnie mówiąc, że nie, tylko oglądam. Kobieta po prostu przestała zwracać na mnie uwagę, tak jakby zapytała bezinteresownie, tylko chcąc pomóc.

Przyjechał pociąg, tak lekko niemrawo wtaczając się na stację. Niższy, owalny (walcowaty), kształt kojarzy mi się z dżdżownicą albo innym robakiem. Pewnie efekt przeczytanych powieści fantastycznych. Po regularnych podróżach warszawskim metrem byłem zaskoczony. Otwarły się drzwi. Tak spokojnie i cicho, bez pisków i tarcia. Na dodatek jakieś takie wąskie. Wsiadłem. Tę półokrągłość dobrze było widać w środku. Wysocy mogli siedzieć, albo stać w środku między fotelami tylko. Przy drzwiach już byłoby ciężko. Miejsca do stania też tak jakoś mało. Za to siedzenia. Takie małe kanapy, niższe oparcia, ale masywniej wyglądające i przez to wygodniejsze. Obicia też tak ładniej wyglądały, we wzorki a nie surowe jednokolorowe. Ruszył i jechał też tak spokojnie. Zdecydowanie wolniej niż w naszej stolicy, tak o połowę.

W trakcie jazdy z głośników było słychać mówiącego maszynistę, ale było to tak niewyraźne i ciche, że dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Na stacjach słychać głośne „Mind the Gap” o co im chodzi z tą dziurą? Między wagonami a peronem? I aż tak ostrzegają? Wysiadłem na stacji Baker Street. Tym razem już głęboko pod ziemią. Korytarze, długie ruchome schody. Przy wyjściu na ulicę stojak z gratisowymi ulotkami z mapą najbliższej okolicy i atrakcjami. Oczywiście skojarzenie z Sherlockiem Holmesem jak najbardziej prawidłowe — pomnik stoi na wprost drzwi wyjściowych ze stacji. Poszedłem w kierunku Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds. Jak doszedłem w pobliże, to się solidnie zdziwiłem. Słyszałem, że w kolejce by się dostać do środka stoi się długo, ale takiej kolejki to dawno nie widziałem (bo nie stałem w takiej na otwarcie sklepów nie dla idiotów i podobnych). Ta do kas wyglądała na ponad godzinę stania, a potem jeszcze kolejka do wejścia. Nie planowałem zwiedzania – brak czasu, żeby poświęcić go na tę akurat atrakcję, w końcu to tylko „rzeźby”. Poszedłem dalej, zobaczyć Regent's Park. Zwiedziłem dokładniej tylko Queen Mary's Garden. Solidna kuta brama, wyasfaltowane alejki, ładnie, zielono, duuuża rabata róż, oczko wodne. Poza tym ogrodem widziałem kilka osób biegających lub maszerujących bocznymi alejkami. Bieganie nie zakazane. Brak ruchliwej ulicy tuż obok, jak przy Łazienkach. Jak patrzę teraz na mapę, to byłem w parku zanim o tym pomyślałem.

Czas ucieka. Wracam na Baker Street. Wystawy na 221B nie znalazłem. Stały jakieś rusztowania i ściana była pozasłaniana. Obok tylko mały sklepik z pamiątkami, dziewczęta w strojach z epoki obsługiwały klientów, w większości z Dalekiego Wschodu.

Jadę dalej. Cel katedra świętego Pawła (St. Paul's Cathedral). Z daleka nie widać ogromu budowli, bo w centrum City jest ciasno. Ale jest naprawdę wielka. Białe ściany, schodki i tylko w części otoczona trawnikiem i drzewami. Obok placu przy schodkach dość ruchliwa ulica. W środku: „Ale tu dużo miejsca!”. Wstęp 9 funtów. Naprawdę sporo wolnego miejsca. Nie zatkane ławkami. Nawa główna wręcz przybijająca wolną przestrzenią. I jak wysoko sufit. Naw bocznych brak. Ołtarz nie na ścianie i pomiędzy ławami — nie wiem, dla chóru? Na jego tyłach specjalne coś dla żołnierzy z Pustynnej Burzy. W podziemiach, do których schodzi się z lewej strony ołtarza, nagrobki, monumenty i tablice słynnych ludzi, np. admirała Nelsona. Już miałem wychodzić, ale popatrzyłem w górę, a tam ludzie poopierani o balustrady. Jak tam wejść? Nigdzie nie widziałem wskazówek. Ale porządkowi stali właśnie przy wejściu na galerie i wyjściu z nich — ruch jednokierunkowy. Dużo schodków po drodze. Nie za szeroko. Miejsca do złapania oddechu wyznaczone. Wszedłem na Galerię Szeptów. Duuża, słychać szepty wypowiadane przez osoby po przeciwnej stronie, a widok w dół oszałamiający. Tak fajnie. (To proste, ale najlepsze określenie.) Pora wyjść na kolejną galerię. I kolejną. Świetny widok na miasto. Rewelacyjna pogoda czyli widoczność również. Nie chce się schodzić. Ale w końcu trzeba. Znów w Galerii Szeptów. Tym razem siedziałem dosyć długo. Siedziałbym pewnie do wieczora, tak fantastycznie tam było. Ale ileż można.

Kolejny wyznaczony wcześniej cel to Tower (Tower of London) i Tower Bridge (Most Wieży). Postanowiłem pójść pieszo, z mapy wynikało, że to tylko około mili. Przy okazji chciałem poszukać jakiejś „jadłodajni” i sklepu. Jadłodajni nie znalazłem — ślepy jestem? Dopiero Tesco Metro się trafiło. I w nim zrobiłem największy błąd w czasie tego pobytu — kupiłem dwulitrową butelkę jakiegoś napoju, bo oczywiście będzie mi się chciało strasznie pić. Nie muszę dodatkowo pisać, że taka butla waży te regularne dwa kilogramy i pić nie będzie mi się chciało aż tak dużo. Trzeba było spróbować Coke Zero… Dodatkowo jakieś bułki i ciacha maślane. Dotarłem w okolice Tower. Długie zwiedzanie i ostatnia tura z przewodnikiem — Yeoman Guarded Tour — już weszła. Nie dziś. Prędzej jutro. Idę do Tower Bridge.

Ładny mostek. Wejście 14 funtów. Zapłaciłem kartą z PKO BP. Panie zobaczyły na niej napis „POLSKI” i wskazały mi stojak, mówiąc, że jest tam wydrukowany opis po polsku. W sumie nie był potrzebny, ale z ciekawości dla porównania wziąłem. Ładna polszczyzna, z polskimi literami. Chociaż wydruk z atramentówki w trybie ekonomicznym. Miły pan zrobił mi zdjęcie mówiąc coś o możliwości odebrania go przy wyjściu. Ciekawe. Winda na górę. Zwiedzanie galeryjki i małej wystawy na górze. Przejście do drugiej wieży mostu. Film opowiadający historię powstania. W roli upartego projektanta aktor grający Richarda, męża Hiacynty z sitcomu „Co ludzie powiedzą” (Clive Swift — „Keeping up Appearances”). Śmiałem się i dobrze zapamiętałem. Zjazd windą na dół, dziewczyna obsługująca przyciski. Przejście wzdłuż niebieskiej linii do maszynowni. Oglądanie starych maszyn. Naoliwione. I przy wyjściu zdjęcia. Z cyfrówki, nałożone blueboxem na widok mostu plus jakiś folder. 7 funtów, „cash only”. Wziąłem, aparatu nie miałem. Jakaś pamiątka się przyda i w sumie niewiele wydałem.

Gdzie by tu dalej się udać? Może do Tate Modern? Tak oczywiście spacerkiem wzdłuż Tamizy. I po chwili zacząłem żałować, że jednak nie mam ze sobą aparatu. Za Tower Bridge wschodził na błękitnym niebie Księżyc w pełni. Ile się dało szedłem nadbrzeżem. Ile się nie dało przez „zakamarki”, czyli mniejsze uliczki równoległe do rzeki. I żadnego lokalu, który wyglądał by dla mnie, że można w nim coś zjeść. Same kawiarnie. Gdzie te Fish&Chips?

W końcu dotarłem do Tate Modern. Naprzeciwko budynku most dla pieszych i rowerów na drugą stronę Tamizy. Budynek duży, jak to hala pofabryczna. Teren dookoła splantowany. Wchodzę. Na planie pięć poziomów. I tłum ludzi dookoła. Na parterze wyloty jakichś dziwnych rur, którymi ludzie zjeżdżają z różnych pięter opatuleni w bawełniane worki. Zwiedzam po kolei piętra. Dziwna ta sztuka nowoczesna. Piętra przypisane poszczególnym epokom, stylom. Zamknięty klub dla członków, ale również kawiarnia. I miejsce na wykazanie się własnymi umiejętnościami artystycznymi, a może ich odszukanie? A dzieła różne, od cegłówek ułożonych na podłodze albo wypolerowanego arkusza stalowej płyty. Czy wielkie prostokąty wymalowane na ścianach w pustej sali. Ale były też rzeźby (ale nie z uchwytu do trelinek). Dzieła Picassa, Moneta i innych mi nie znanych, chociaż Polaków również. I filmy, z dźwiękiem albo bez. Np. ten wyświetlany na trzech ekranach w kółko. Składanka dźwiękowo obrazkowa z różnych filmów, króciutkie urywki, ale Casablanca i jakiś gangsterski mignęły mi kilka razy. Na każdym inny obraz, z innym dźwiękiem. I tak przez piętnaście minut. Dwa razy oglądałem. Ale to w sumie było nic. „Lilie wodne” Moneta oglądałem cztery razy. Taka wielka żółto turkusowa plama a nie miałem ochoty wychodzić z tamtej sali. Zacząłem rozumieć o co chodzi tym snobistycznym koneserom sztuki i co było inspiracją do działania głównego bohatera „Afery Thomasa Crowna”. Zresztą bardzo głupio było mi wyjść z galerii również, chociaż i tak spędziłem tam ze cztery godziny. Mogłem siedzieć do dwudziestej drugiej, ale inne miejsca też przecież czekają.

Kładką na drugą stronę Wisły, znaczy się Tamizy i do metra. Gdzie teraz? Hyde Park i Speakers Corner! Przyjechałem, nie zgubiłem się w tunelach, przy których te na Dworcu Centralnym to pikuś. Tyle, że w okolicach dwudziestej pierwszej to już nie ma co tam raczej szukać poza wiatrem. A sam park jak to park, a przynajmniej tak wygląda przez płot z prętów. Wracam tym długim tunelem, przechodzę przez bramkę do metra. Zjeżdżam na dolny poziom ruchomymi schodami. Zjechałem i co widzę? Kobieta (no niech będzie, była murzynką) z torbą z McDonalds zjeżdża po schodach. Co? Jakieś jedzenie? Gdzie? Spokojnie podchodzę i pytam gdzie kupiła. Mówi, że na górze, jak się wyjdzie na powierzchnię to po lewej. No to ja na schody, z obłędem w nich wjeżdżam na górę. Podchodzę do bramki, wkładam kartę i nic. Nie otwiera się. To jeszcze raz. Nic. Pan z obsługi uśmiecha się i otwiera bramkę z boku, nie patrząc na kartę. Wychodzę. Faktycznie jest MCD, ale jest też KFC. Wybieram to drugie. Kurczak wydaje się być lepszym rozwiązaniem. No i chyba był. Ale ten kurczak u nich jakiś taki inny. Mocniej wypieczony, za mocno. I trochę taniej, bo Twister czy tam jego odpowiednik za cztery funty a nie sześć złotych. Ale i tak najlepszym stosunkiem ceny do ilości pożywienia wydał mi się „Mini Filet” (Mni file), ale już nie pamiętam ile kosztował, taki jakby nasz Longer. Wracam do metra, znowu bramka nie chce mnie wpuścić, miły pan oczywiście otwiera boczne wejście z zapraszającym uśmiechem. – System widać nie przewiduje, że ktoś będzie chciał wyjść z tej samej stacji, do której wszedł, a nie na innej.

Kierunek Piccadilly Circus. Wysiadam. Gwarno, tłum ludzi. Pełno restauracji, pubów, dyskotek(?), teatrów, i temu podobnych. I ta wielka reklama. I Hare Krishnowcy w radosnym wężowym tańcu z tamburynami. I takie w samych małych czarnych biorące się nie wiadomo skąd, cytując: „Zobaczysz takie i pomyślisz, co One brały?”. Kierunek Trafalgar Square z pomnikiem Nelsona i obok jakiś inny pomnik na St. James Square, pewnie St. Jamesa właśnie – nie pamiętam – przy nim cichutko niby tuż obok jest Piccadilly i nawet obok jakaś szeroka ulica, ale tu cicho i spokojnie, zaparkowane grzecznie samochody. Ale dookoła pomnika Nelsona ruch, jakby to był nasz Plac Konstytucji. Ale pomnik fajny, ciekawie podświetlony. I te lwy u jego stóp. Młodzież tłocząca się przy nim. Fontanna chyba też jest. Wracam na Piccadilly. Późno się robi, zaczynam odczuwać zmęczenie emocjami. Przystaję w połowie drogi, wyjmuję mapę, studiuję ją. Obok rozmawiają dwaj panowie, dość elegancko ubrani. Jeden po chwili podchodzi, po przyjacielsku pyta czy nie potrzebuję pomocy. Nie, odpowiadam, że nie, tylko tak oglądam. Rozmawiamy chwilę. Nagle odzywa się jakiś dziwny głos. A, radiotelefon. Pan przeprasza i odbiega za róg, do wyjścia z lokalu przed którym stanąłem jak się okazało. I, bierze z murku przy drzwiach radio i rozmawia przez nie. Radio stało samo, za lekkim załomem, kilka metrów od niego! I nikt go nie ukradł! A u nas? Zniknęło by od razu. Po chwili skończył, pożegnałem się i poszedłem, żegnany słowami że oni tacy dobrzy ludzie są usłyszanymi w odpowiedzi na moje zdziwienie, że już kolejna osoba chce mi pomóc. Z dziwnego kraju przyjechałem.

Wracam w okolice Queens Park. Mycie, jakaś kolacja i sen, praktycznie kamienny. Jutro będzie równie intensywny dzień… (Tylko kiedy ja go opiszę?)

Jak to było z Toruniem « | | » Karta do Makro

Komentarze:

1. | Nami | 26 czerwca 2007, 00:21:00 | Permalink

A gdzie zdjęcia, co :>?

Też pewnie za jakiś czas odwiedzę Londyn :]

I czekam na ten kolejny opis.

2. | Mars | 26 czerwca 2007, 00:38:41 | Permalink

Tate Modern to jedno z najzajebistszych miejsc w jakim kiedykolwiek byłem. (Wystawa z rurami zadziwaiajaca- zjechałem nawet z tej największej) Duchamp i inni. Oh a potem mały lunch w restauracji na samej górze. Świetne. Na pewno nie raz tam wrócę.

3. | anetka | 26 czerwca 2007, 08:52:42 | Permalink

Świetnie opowiedziane. Chciałabym tam pojechać i pozwiedzać...

4. | ours | 26 czerwca 2007, 10:02:00 | Permalink

Polecam Imperial War Museum, ja się tam czułem jak dziecko w sklepie z zabawkami. A Tate Modern to nie mój klimat, co prawda zrobiłem tam mały performance (czyt: wlazłem do metalowej klatki z poduchą do której wszyscy wchodzili, i pstryknąłem sobię zdjęcie), ale to nie to co rakieta V2

5. | shem | 26 czerwca 2007, 15:03:41 | Permalink

Ten bekon to „rusher” (o ile tak się to pisze). English breakfast jak się patrzy. :)

6. | lemiel | 26 czerwca 2007, 23:06:07 | Permalink

Nami, nie ma, aparatu nie wziąłem. A przynajmniej nie ma z tego dnia…

7. | Cachotterie | 27 czerwca 2007, 22:34:04 | Permalink

Fish&Chips to ściema. W Londynie króluje chińszczyzna… Może na szczęście, bo w większości miejsc gdzie to jakimś cudem podają, te ichnie ryby z frytami to po prostu hektolitry tłuszczu. Podobnie zresztą jak śniadanka. A to ponoć Polacy jedzą niezdrowo i tłusto ;)

8. | Mr B | 10 lutego 2008, 10:35:28 | Permalink

Oj co Ty tam wiesz. Ja tu bardzo lubię ryby i często jem. W KAŻDYM publie podadzą Ci dobrą rybę z frytkami, no ale do pubu to w portkach ochlapanych wapnem się raczej nie chodzi :DDD

9. | Mr B | 10 lutego 2008, 10:38:31 | Permalink

Lemielku, a byłeś na Leicester Square?

10. | lemiel | 10 lutego 2008, 10:55:37 | Permalink

No właśnie, do pubu to już późno trafiłem… I jakoś nie wpadłem na pomysł, by zjeść rybę. Na Leicester Square może i byłem, patrząc teraz na mapę, ale nic nie kojarzę...

11. | Mr B | 10 lutego 2008, 11:29:18 | Permalink

No jak to, to nie widziałeś odciśniętych rąk Alexis z Dynastii :D I Charliego Chaplina :D Leicester Square to tam, gdzie kino Odeon. Na pewno widziałeś!

12. | lemiel | 10 lutego 2008, 11:32:13 | Permalink

No to nie widziałem.

13. | Mr B | 12 lutego 2008, 19:43:19 | Permalink

A to „Mind the Gap” to nie jest bez powodu – jak Metro wjeżdża na peron, to zdarza się, że wagony tak się ułożą przy skręcie, że między peronem, a pociągiem jest z 50cm przerwy. Naprawdę, jeśli się np. czyta gazetę, można wpaść.

Dodaj komentarz:

Możesz używać Markdown bez obrazków.

 

 

 

 code