Jak to było z Toruniem
W środę Kasia tak ni z gruszki, ni z pietruszki zaproponowała odwiedziny u siebie w weekend, bo będzie Cachotterie i może ktoś jeszcze. Zatkało mnie, na dłużej. Kompletnie się nie spodziewałem i trochę potrwało, zanim doszedłem do siebie i dotarło do mnie, że nie spędzę kolejnego weekendu w trochę większym mieście siedząc przed komputerem. Miałem się skontaktować z drugą zaproszoną, ale to Ona odezwała się do mnie, bo ja zakręciłem się „ciężką” pracą. Po wielu skomplikowanych i bezcelowych procesach myślowych przystałem na zaproponowany przez nią wariant podroży pociągiem.
W sobotnie popołudnie wsiadłem do pociągu jadącego w wypełnione nieujarzmioną przyrodą kujawsko-pomorskie. Ostrożnym ruchem wyjąłem z kieszeni telefon i wybrałem otrzymany wcześniej numer. Zabrzmiał dziewczęcy głosik. Pojedzie tym pociągiem. Trzeba podać namiar na siebie, żeby nie musiała biegać po całym pociągu. Przydałby się numer wagonu. Ale to nie ekspres, nie numerują wagonów jawnie. Ale przecież jedziemy po zakręcie, wychylę się z okna i policzę, powinienem jeszcze umieć. Miejsca w przedziale pilnuje dzielnie mój plecak. Nie będziemy musieli stać.
Pociąg wjeżdża na stację. Z daleka widać roześmianą dziewczynę, macham ręką, widzi. Tylko ten pociąg za daleko przejechał. Wsiadła, usiadła. I przegadaliśmy całą drogę, niewiele mówiłem, albo mi się tak tylko wydawało, bo widmo chrypki już wychylało się zza węgła.
Wjeżdżamy do Torunia, to już? Na peronie dziki tłum. Gdzie ta Kasia się chowa? A może nie przyszła? Ale nie, jest, z siostrą. Ledwo zapakowały nas do samochodu i zaczęło padać. Ale dojechaliśmy na miejsce, nie daliśmy się deszczowi. Kasia uraczyła nas obiadem, ja jako facet dostałem jak zwykle największą porcję, ale że byłem w gościach, no i smaczne było, to zjadłem bez szemrania, prawie że wylizując talerz do czysta.
Autobus jeszcze nie wychylał się zza zakrętu, to jak to joggerowcy, zasiedliśmy do komputera. Nowa pani magister przeczytała w zdumieniu komentarze, a ja wystąpiłem pod żeńskim imieniem odpowiadając na wezwanie do wypisania nałogów (ile ja się wczoraj nazastanawiałem skąd tam się wzięła Sophia…).
W mieście noc muzeów. W jednym wystawa w rodzaju miniaturowego pikniku naukowego i odtworzeni myśliwi sprzed tysięcy lat. Jak widać na załączonym obrazku, wyglądamy prawie jak bracia…

W planetarium dziki, żądny wiedzy tłum czeka przed wejściem. Może sobie czekać. My zresztą też. Biletów już dawno nie ma, a o peronówkach nie pomyśleli. Cóź pójdziemy gdzieś indziej, gdzie może nas zechcą. Na dodatek już nie sami, bo dołączyła do nas Sophia. (To miała być niby ta budząca grozę pani?) Gdzie pójdziemy? Na pierogi, w końcu tak zachwalane…
Usadzono nas przy oknie z widokiem na Strugę płynącą pod budynkiem, kurcze, prawie jak w Wenecji. A pierogi? Menu nie mogło być jeszcze większe? Na co się zdecydować? Jeszcze w której wersji? Gotowanej czy pieczonej? Dzielnie zamawiamy po dużej porcji, najwięcej waham się ja, w sumie słusznie jak się nieco później okazało… Bo obiad był za duży… Pierogi duże – duża porcja to pięć sztuk i ja jej nie zjadłem! A czy zjadłbym dziewięć w wersji gotowanej? Salami z Cheddarem jednak sycące jest. Popijamy dzielnie. Ja miodkiem, grzaniec się niestety skończył – ale nick zobowiązuje więc, trzy kubeczki poszły jak złoto. A może piwo byłoby lepsze? Ale przynajmniej nie trzeba często do kibelka biegać, chociaż przewidzieli dłuższe pobyty, na potrzebujących czekały ilustrowane przygody Krecika. I miejsce na gołe stópki. Przed dwunastą opuściliśmy gościnne miejsce.
Kasia wywalczyła na postoju taksówkę. Pożegnaliśmy Sophię i popędziliśmy w siną dal zdając się na kierowcę prowadzącego w czasie jazdy czat przy pomocy taksometru – taki Jabber na cztery klawisze…
Dotarliśmy, odrobina komputera, niekończąca się rozmowa, ścielenie łóżek, lemiel „jak z krzyża zdjęty”.
Zdjęcie ocenzurowano
Jak zwykle, spałem najdłużej i pewnie dlatego zjadłem największe śniadanie. „Popsułem Kasi nieco komputer”, odbyliśmy telekonferencję z Echem (to tylko kolejny test był, następna na Skype będzie) przegraliśmy zdjęcia i popędziliśmy na łeb, na szyję na autobus. A ten złośliwiec się spóźnił…
Na przystanku oczywiście czekała na nas Sophia – z jakiej telepatii wiedźmy skorzystały tym razem by tak punktualnie się umówić? Może się kiedyś dowiem, bo nieoficjalnie zaproponowały mi zostanie wiedźminem…
Nie była by to wizyta w Toruniu, jakbyśmy nie zaopatrzyli się w pierniki. A potem ja bezczelnie się zgubiłem oglądając na pchlim targu longplaye Kombi. Dopiero aniołki mnie przyciągnęły, to mój:

Lody i kawa osłodziły zbliżający się koniec wizyty. W deszczu pokazującym niezadowolenie Matki Natury dotarliśmy na dworzec. Wyściskaliśmy się. Pierwszy odjechał pociąg na zachód. Mój na południe z prędkością 115 kilometrów na godzinę nieco później… Tak samo podejrzanie wolno przejechał w chwili jak to piszę ekspres przez Włoszczowę (który na dodatek przyjechał opóźniony o 25 minut a w trasie przepuszczał zaraz na początku ekspres do Opola, który wyjechał 5 minut później!).
lemiel@jabber.wp.pl
Komentarze:
Sympatycznie. ^^
kurcze, znów przegapiłam powiadomienie:D
za ten komplement pod adresem obiadu bardzo dziękuję, ale jakoś nie do końca dowierzam – Ty już wiesz dlaczego;P
fajno:)
Jak miło:)
To już wiem skąd to zamiłowanie do aniołków… u Was po prostu jest ich całe mnóstwo…
Fajnie :) Ja od Kasi również dostałam zaproszenie i mam nadzieję, że niedługo się spotkamy :)
:)
Bo Aniołki trzeba adoptować. Fajno było.
bo Toruń to miasto aniołów:)
Dodaj komentarz:
Możesz używać Markdown bez obrazków.