marcowy grill
Weekend zapowiadał się ciekawie (jak dla mnie oczywiście). Prawie 36 godzin na powietrzu, w jednym ubraniu, bez bieżącej wody i toalety, z niewielką ilością snu i dużą dawką szumu radiowego. Czyli start zespołu SN5P w Pierwszych Próbach Subregionalnych 2007.
W ramach przygotowań usmażyłem zapas „kotlety” z filetów z indyka. Oczywiście na nowej patelni. Przy okazji wymyśliłem nową metodę otaczania mięsa w mące — wrzucając plastry bezpośrednio do torebki z mąką — bez rozsypywania jej po szafce, brudzenia talerzy i ewentualnie sitka. Wyszły fajne, soczyste, nie przypalone, poza jednym. Zapomniałem potraktować mięso przyprawami. Czyli praktycznie bez smaku… To co mi zostało uduszę w winie lub piwie przed jedzeniem.
Objuczony zapasami pożywienia, napojów, dwoma komputerami, zasilaczem i saperką (na wszelki wypadek) zapakowałem się do samochodu kolegi, który mnie zabierał do miejsca docelowego.
Dotarliśmy około 10:30. Przy trasie do Białegostoku obserwowaliśmy z niepokojem wodę stojącą na łąkach i polach. Pomny tego, że po porządkach po wichurze i przemoczonych butach ubrałem tym razem wyższe i takie, które nie powinny tak szybko przemoknąć. Łąka na której stoi nasz kontener oczywiście częściowo była pod wodą, a reszta była mocno „wilgotna”. Reszta teamu już robiła porządki w kontenerze i przygotowywała sprzęt. Przypadł nam do poskręcania nowy regał na rosnącą ilość drobiazgów. Potem skręcaliśmy antenę, a koledzy przygotowywali „nowy” maszt, niestety mniejszy i podłączali układ zasilania anten. Wyzwaniem okazało się być mocowanie odciągów do masztu gdzieś w środku tej zalanej łączki. Na szczęście znaleziono złoty środek. Tę mechaniczną część przygotowań skończyliśmy tuż przed piętnastą (czternastą UTC) i pozostało nam przygotować stanowisko bojowe na następne 24 godziny. Po przypominaniu sobie co wymyśliliśmy w październiku udało się uruchomić sprzęt. I zaczęło się.
Oczywiście podczas tych harców terenowych przemokły mi buty. Nie całkowicie na szczęście, ale skarpetki wymagały suszenia i buty raczej też. Na szczęście na wyposażeniu od pewnego czasu są dwie „farelki” i grzejnik. Nogi ogrzane, skarpetki i buty suszone gorącym powietrzem. Lepiej. Przy okazji para skarpetek przywiezionych z lokalnego sklepu przez kolegów. Bo zapasowych nie zabrałem, a to nie był lipiec 2005, kiedy chodziłem boso po polach w okolicach Latowicza.
Trzy godziny w słuchawkach, długa zmiana. Trochę tych łączności zrobiłem do spółki z Adamem. Niewiele. Na początku ruch jak zwykle większy niż później. Ale to chyba Marzec zawinił, w górach śnieg, mróz, mgła, itp., np. na takiej Wielkiej Sowie. Mało stacji terenowych. I ogólnie mniej niż wiosną lub latem. Potem chwila przerwy, ze 3 godziny z przerwami, bo jestem „specem” od zaszumionych korespondentów. Kolacja — bułki z „kotletami” oczywiście. I napisane trzy akapity zaległej relacji z drugiego dnia London story — w końcu trzeba to opisać bo zaraz wszystko zapomnę i będzie niepowetowana strata.
Przyszedł czas zaćmienia Księżyca. Widać było, dosyć wyraźnie. Nic specjalnego tym razem. Po północy czasu lokalnego zrobiło się pusto na paśmie. Stwierdziłem, że nie ma co siedzieć i dwaj koledzy, którzy pozostali walczyć o dziwo się ze mną zgodzili. Poszliśmy spać, jeden kolega w samochodzie, a my dwaj w kontenerze. Oczywiście i tu i tu wspieraliśmy się „farelką”. Kolega miał karimatę i śpiwór, ale ja tym razem nie pomyślałem o tych wynalazkach. Karimatę zastąpił mi poskładany dach od namiotu ogrodowego, a poduszkę dwa ręczniki. Śpiwór dla mnie stanowiły: czapka, rękawiczki, kurtka z goreteksu, dwa polary, i suche buty. Spało się całkiem nieźle wbrew początkowym obawom. Jak przebudziłem się w okolicach drugiej, to wyszedłem popatrzeć na przyrodę. Ale Księżyca już nie widziałem, a wszystko w koło pokryło się szadzią z wiszącej w powietrzu mgły lub lodem. Wyglądało to rewelacyjnie w świetle silnej latarni o białym świetle, która oświetlała psa u odległych sąsiadów.
Pobudka o 6:30 nie była zbyt miła, ale w końcu nie wybraliśmy się tam spać, tylko walczyć. Uruchomiliśmy sprzęt i do boju. I tak zleciało do południa, kiedy wymyśliłem upiec na grillu marynowane kawałki z piersi indyka — gotowe, z fabryki mięsa indyczego, nie musiałem pamiętać o przyprawach.
Dlaczego tacki do pieczenia na grillu są prostokątne, jak większość tych prostych palenisk jest okrągła i mniejsza niż wielkość takiej tacki? A może nie znalazłem tylko takiej okrągłej? Kolejna rzecz do sprawdzenia przed nadchodzącym sezonem.
Mięso było oczywiście smaczniejsze niż „kotlety”.
Większość czasu przy mikrofonie spędziłem ja. Chyba nawet za dużo.
Podsumowanie: 87 łączności, 41254 punkty (kilometry). Mało korespondentów z Czech i Polski, dużo z Niemiec, nowy Szwed. Opłacało się położyć spać. W nocy i tak byśmy dużo nie ugrali na tym naszym uboczu radiowej Europy. O piętnastej koniec. Składanie sprzętu, demontaż anteny i masztu. Harce po łące. I wszystko zmieściło się w kontenerze. A jak ładnie chłopaki poukładali. Powrót do Warszawy.
Długa kąpiel w pianie (jeszcze bez poduszki), a później siedzenie przed komputerem, żeby to wszystko napisać. Prawie godzina. Mała galeria ze zdjęciami na stronie klubowej być może już jutro.
Następne takie zawody w maju. Do usłyszenia.
Aktualizacja: Kilka zdjęć…
lemiel@jabber.wp.pl
Komentarze:
QSL-ki wysyłacie? :) A propos Księżyca: przeprowadzałeś kiedyś łączność z wykorzystaniem fal odbitych od jego powierzchni?
czy reszta mąki w torebce po tej nowej metodzie panierowania nadaje się jeszcze do czegokolwiek..?
to trzeba mieć jednak samozaparcie… nie powiem, różnie mi się w życiu zdarzało i zniosłabym i jedne ciuchy i mokre buty, i spanie w dziwnych warunkach, i wodę dookoła, ale brak bieżącej wody i toalety..? to już mogłoby za bardzo boleć;)
ale i tak najbardziej podobała mi sie „latarnia oświetlająca PSA u odległych sąsiadów…” :P
Krystek – wysyłam(y). Na życzenie od ręki, nawet zwykłą pocztą, a zwykle w odpowiedzi na uzyskaną. Tylko po wyprawie na Stóg Izerski wysłałem do wszystkich. Bo jak są to ciągle ci sami, to produkcja makulatury dla obu stron jest mało opłacalna.
Jeszcze o Księżycu, nie, to mi się nie zdarzyło, ale mieliśmy małe plany wykorzystać zniszczony przez wichurę zestaw na 70 cm do prób takich łączności za pomocą jednej z emisji cyfrowych. Może jak w końcu będziemy mieli lepszy maszt, to coś z tego wyjdzie.
Nie, taka mąka się nie nadaje. Zresztą jak cokolwiek co miało kontakt z surowym mięsem.
A przy drobiu szczególnie trzeba uważać, nie bez powodu i w sklepach drób nie może się stykać z innymi rodzajami mięs.
Do następnych kotletów też się już nie nadaje? W sumie niewiele jej w tej torebce było.
Nie, nie nadaje się.
Chyba szkoda zdrowia dla oszczednosci parenastu groszy de facto.
1. Ty jesteś doskonałym materiałem na męża…pomysłowy…sprytny…i umiesz gotować oraz radzić sobie w sytuacjach ekstremalnych (panierka i brak przypraw). Za ile można Cię kupić;P
2. Bez wody bieżącej i toalety…chyba bym nie dała rady….podziwiam.
3. Mokre buty…hmm..pamiętam, jak kumpel fotograf ustawiał aparat stojąc w strumieniu w zimie…miał jakieś specjalne buty…nie mam pojęcia jakie, może warto by popytać o takie cuda? Nie przeziębiłeś się?
4. Widoczki mieliście śliczne…ten pies sąsiada:) a na serio szadź, mgła, księżyc…jakie to romantyczne:)
5. Fajnie mieć takie hobby…wrażenia pewnie bezcenne.
6. Są tacki do grilla okrągłe, jak talerze duże, takie plastykowe…sama widziałam w jakimś supermarkecie.
7. Czekam na foty:)
Ad.1. Chyba nie tak do końca, bo już by mnie ktoś kupił... :D
Ad.3. Zdrowy. Za dawno impregnowałem te buty. A kalosze w którymś momencie pewnie trzeba będzie umieścić w spisie wyposażenia kontenera…
Ad.1.Nic straconego….musisz tylko w siebie uwierzyć:)
HEEJ! Znam milsze sposoby spędzania wolnego czasu! Przyjedź do nas, przynieś piwo, rozpalimy grila na bachlonie, wejdziesz sobie na pokoje publiczne w skajpie, a jak będziesz chciał obcować z naturą, to wyślemy Cię z Kruzem po następne piwa ;);):)
ps2. Alf się odezwał?
Nie, Alfa nie było. Do Stanów za daleko, nie celowaliśmy w Księżyc.
To jest miły sposób spędzania czasu!
Po piwo Wy byście skakali jako młodsi!
Dodaj komentarz:
Możesz używać Markdown bez obrazków.