London story — part one — djabolik maszin
Zgodnie z tym co napisałem, nie miałem zamiaru brać dużego bagażu — tylko bielizna na dwa dni i mapy oraz przewodniki. Nawet ładowarki do telefonu postanowiłem nie brać, przez trzy dni powinien wytrzymać. Zwłaszcza, że z reguły stanowi on tylko obciążenie kieszeni i tam są takie dziwne wtyczki…
Z pracy urwałem się godzinę wcześniej, aby być na lotnisku przynajmniej te dwie godziny wcześniej, chociaż według informacji wystarczy czterdzieści minut. Może będą jakieś kolejki? Po pół godzinie byłem w hali odlotów. Pustawo. Na wielkiej tablicy nie ma jeszcze mojego lotu. Na małym monitorze jest, ale bez podanego stanowiska odprawy biletowej. Pokręciłem się trochę po hali, odwiedziłem kioski z prasą, w których cudzoziemcy kupowali papierosy kartonami, sklepik z pamiątkami oraz torbami i walizkami. Ponadto znalazłem dwa kantory. W jednym, co niesamowite, był bilon, ale oczywiście firma była pięć procent droższa niż inne w mieście. Co zrobić. Drobiazgi się przydadzą. Dziesięć grubych i ciężkich monet wylądowało w moim portfelu. W międzyczasie do jednego z nieopisanych stanowisk ustawiła się kolejka ludzi — na jaki lot oni czekają? Mój dalej nieopisany.
Po chwili jednak pojawił się numer stanowiska odprawy, oczywiście tego do którego stała kolejka… Pytanie skąd pozostali podróżni wiedzieli? Centralwings do Londynu zawsze jest na nim odprawiany, a oni lecą kolejny raz? Karnie ustawiłem się na końcu ogonka. Jednak szybko przemieszczałem się do przodu. Podałem pani dowód i już chciałem recytować numer rezerwacji, a tu już niepotrzebny. Jakie te komputery zmyślne. Kazała zważyć plecak zdziwiona, że tylko tyle mam ze sobą. Trzy i pół kilograma. Mieści się w limicie. A rozmiary? A kto by się nimi przejmował, mały jest. „Ma pan jakieś płyny, żele?” „Nie, nie mam.” Odebrałem boarding pass, rzuciłem ostatnie spojrzenie na ojczystą ziemię i poddałem się kontroli paszportowej. Pan w mundurze obejrzał dowód, przybił pieczątkę i znalazłem się w słynnej strefie bezcłowej. No to teraz sobie użyję…
Długi korytarz, kilka sklepów. Najpierw obejrzymy całość. Na drugim końcu jest bar, a może restauracja? Pustawo w nim. Ci co są, siedzą na korytarzu w pobliżu wejścia do kontroli bezpieczeństwa. Przy drzwiach stoi młody żołnierz ze Straży Granicznej. Kończy się odprawa jakiegoś lotu. Mojego będzie za pół godziny. Idę do tej jadłodajni. Wybór niewielki, jakieś ciacha i pączki po 4 złote. No jeszcze nie zidiociałem. To może sklep Baltony? Wchodzę. Są alkohole, słodycze. Ceny EU i NonEU. Te drugie jedną piątą niższe. Jakieś łiski, burbony itp. Są ciacha. Delicje. Po dwanaście złotych. Albo pierniczki po czternaście. Czy inne ptasie mleczko. Oglądam resztę sklepów, już tylko przez szybę. Nic ciekawego, prawie jak w Sukiennicach. Siadam na wolnym foteliku i ze znudzoną miną przyglądam się żołnierzowi w drzwiach, ludziom podchodzącym do niego co kilka minut i pytającym się o to kiedy będzie kontrola przed lotem Centralwings do Londynu. Oraz paniom z obsługi wychodzącym i dopytującym się o jakiegoś pasażera, który jeszcze nie przyszedł, a wylot tuż tuż…
W końcu przychodzi kolej na ten oczekiwany przez większość w korytarzu. Rzucamy się do kolejki, ale spokojnie, to już nie te czasy… Żołnierz ogląda dowody i bilety, przepuszcza dalej. Zaczyna się kontrola. Zdejmujemy plecaki, kurtki, wyjmujemy paski ze spodni, opróżniamy kieszenie ze wszystkiego „podejrzanego”. Kładziemy na taśmę do przejazdu przez rentgena. Nieliczni, a może jednak już całkiem liczni, wyjmują z toreb laptopy i aparaty. Ale media kłamią — nie trzeba ich włączać — może tak w Stanach jest. Szczęśliwcy zdejmują buty, wszelkie trepowate, kobiety kozaczki (przecież w Polsce już prawie zima) i też układają do prześwietlenia. Moje lekkie Pumy zostały na nogach. Niektórym trafiło się przeszukanie. Mnie potraktowali jak powietrze. Ubieram się powoli - najgorsze to to wciąganie paska w szlufki. Jakaś kobieta opróżnia torebkę z zakupionych kosmetyków. Przynoszą jej specjalny worek foliowy i nowy (dosłownie też — od niedawna tam na służbie) żołnierz odprowadza ją do nadania bagażu i ma z nią wrócić do kontroli. Ale tak tylko w Polsce jest. Wychodzę za innymi. Znowu korytarz, ale nie taki długi.
Jest sala odpraw. Na jednym końcu Nasz lot, na drugim o zbliżonej porze, tylko z British Airways. Na sali automaty z napojami, taka Pepsi po trzy (a może trzy pięćdziesiąt?) złote za puszkę. Siadam blisko pań odprawiających, ale z boku pod ścianą. Nad stanowiskiem wisi monitor, że za 25 minut rozpocznie się odprawa. Na foteliku leży „Rolling Stone”. Światowe miejsce. Przeglądam tę kultową niby gazetę. Nic specjalnego. No i jeszcze na dodatek po angielsku. Co jakiś czas do pań podchodzą ludzie i pytają czy już. Często ci, którzy siedzą w drugim, trzecim rzędzie tak robią, nie wytrzymują napięcia, czy może założyli się z sąsiadem z fotela obok, że pójdą zapytać?
W międzyczasie z drugiego końca sali przychodzą z pytaniem jak tam z ilością zgłoszonych pasażerów — prawie komplet pada w odpowiedzi. A u nich sześćdziesięciu brakuje, a już praktycznie czas wylotu… Wiadomo, flegmatyczni Brytyjczycy swoją własną linią polecą.
W końcu się zaczęło. Ale się rzucili. Ogonek jak za papierem toaletowym dwadzieścia lat temu. Poczekałem aż się przerzedzi i karnie się ustawiłem. Zabrali bilet, przepuścili przez jakąś maszynkę i oddali tylko mały urywek — a jak będę chciał tak jak w „Misiu” wejść na taras widokowy, to jak wejdę? (Na szczęście teraz na taras nie potrzeba już biletów — ze trzy lata temu byłem pooglądać samoloty, to wiem! ;) ) Krótki korytarzyk (gdzie te rękawy jak na filmach?) i stoję na zewnątrz (na polu / dworze, jak komu wygodniej — preferuję z racji urodzenia na Krowodrzy pole, ale Capital City działa na język też), na płycie lotniska, zimno, obok autobus z pootwieranymi drzwiami. Wsiadamy. Czekamy na resztę, bo to już ten drugi. Pierwszy wypełniony tymi z początku kolejki już odjechał. Czekamy i czekamy… W końcu ruszył. Ale jaka trasa, od zakrętów można dostać choroby lokomocyjnej. Jak on widział jakiekolwiek pasy na tych betonach, przecież tam kompletna ciemność. Wywiózł nas gdzieś na ubocze. Jest samolot.
Wsiadamy. Mam miejsce 21D. Okazuje się, że to w środku, przy korytarzu. Wrzucam plecak do schowka, kurtkę też. Siadam obok dwóch chłopaków i oglądam stewardesy. Czarne spodnie, czerwone koszule i chyba żółte apaszki. Wszyscy już są na pokładzie. Padają komendy zamykania i sprawdzania drzwi. Panie mówią o pasach, sprawdzają zapięcie. A potem pokaz, machanie rękami pokazujące gdzie są kamizelki ratunkowe i skąd wypadają maski tlenowe, gdzie jest torebka na „Air sickness” i instrukcja bezpieczeństwa, zakładanie kamizelki ratunkowej i tak dalej. Jakby pani dowodząca nie opowiadała w trakcie tego machania o co chodzi, to za Chiny Ludowe bym się nie domyślił o co chodzi, tylko się śmiał. Ale taki pokaz to podobno obowiązek. Wyłączamy telefony, komputery, GameBoye i inne zabawki. Załoga kontroluje i upomina.
Ruszamy. Po chwili stop. Podjeżdżają jakieś maszyny, skrzydła się ruszają. Kapitan się odzywa, głos tak młody że brzmi jak dzieciak, ale mimo wszystko przekonujący, mówi że odladzają nam skrzydła dla bezppieczeństwa. Kapitan mówi jeszcze, że polecimy nad Słubicami, Hanowerem, Holandią i Morzem Północnym. Gaśnie światło. Przyspieszamy, zdrowo. Trzęsie okropnie. W końcu przestało trząść — oderwaliśmy się od ziemi. Widać jakieś światła na dole, oddalające się z wolna. Po chwili rusza objazdowy bar. Przez okno widać jakieś miasto na dole. Chłopaki kupują kanapki z kiełbasą i whisky. Ja tylko kanapkę ze schabem i soczek w kartoniku. Kanapkę zjadłem. A sok wypiłem jutro. Nerwy ograniczyły zapotrzebowanie na pożywienie. Odzywa się ponownie kapitan. Lecimy takim Boeingiem 737-400, na wysokości 10000 metrów, z prędkością 800 kilometrów na godzinę. Na zewnątrz jest minus pięćdziesiąt stopni… To chyba pozostałość po starych czasach, kiedy wyliczali ile w radiu jest złota i srebra zamiast zakresów fal albo innych danych, bo podobno w innych liniach nie przekazują takich wiadomości. Ale coby nie było, jest to miła informacja.
Samolot to taka duża rura w środku, w trakcie lotu przytyka uszy, momentami niewiele słychać, trzeba sobie „ręcznie” wyrównywać ciśnienie w uchu środkowym. Plus lotu taki, że nie rzucało.
Chłopaki mieszkają w Brighton, od prawie roku. Pierwszy pobyt w Polsce od tego czasu. Zadowoleni z pobytu na obczyźnie. Pieniądze mają, i praca jest dobra. A w pracy, na plaży w nad jeziorem, w połowie października można chodzić w szortach.
Na Niemcami coś widać, ale chmury są, więc niewiele. Znacznie więcej już nad wyspami. Widok niezły, no i nawet wybrzeże Francji widać oświetlone. A Anglia? Oświetlona super. I ciągle gdzieś fajerwerki widać.Dlaczego ja nie siedzę przy oknie?
Gatwick Airport tuż tuż. Lądujemy. Szybko i bezboleśnie. Już wiem skąd ten hałas, który często było słychać na ósmym piętrze. Na koniec hamowania silniki się odzywają — jakaś duża zmiana ciągu?
Wysiadamy. Powoli. Jest rękaw. Na wyjściu z niego tablica z folderami co zwiedzać i krótką informacją o lotnisku. Krótki spacerek i bramki wyjściowe. Mała spokojna kolejka. Pokazuję dokument. Pan ogląda, życzy miłego pobytu. Zaraz za bramkami jest lada, za którą pan sprzedaje bilety na pociągi. Łamiącym się głosem proszę o Open Return Standard Ticket, pan jest taki uprzejmy. Pyta czy na ekspres czy inny. Proszę na Southern. Osiemnaście funtów i dwie małe karty lądują w kieszeni. Wychodzę na górę po schodach.
O, to tu też są kasy?. Rozglądam się którędy wyjście na perony. Jest duży wyświetlacz z informacjami o pociągach - jest 20:17, mój o 20:23 schodzę szybko na peron. Stoi jakiś do stacji Londyn Victoria. No to wsiadam. Pewnie czeka już. A tu drzwi się zamykają. Rusza. Co jest? Pokazuję bilet stojącemu obok murzynowi z kartą pracownika obsługi na smyczy, pytam czy mam dobry bilet. Mówi, że zły i wskazuje na pana z jakąś maszynką. Patrzę na tę kartę — „Gatwick Express”. No pięknie. Idę do tamtego, mówi ok, ale idź stąd, bo masz nieważny bilet na tę usługę; „Your ticket is not valid for this service”. No tak. Pierwsza klasa. Przechodzę. Za chwilę przychodzi. Pokazuję bilet, już wiem że zły, pytam czy mogę dopłacić. Bez problemu. Inkasuje pięć funtów, zabiera tamten kartonik i drukuje mi nowy. A u nas. Ile by było marudzenia…
Rozmawiam z murzynem… Ożywia się jak mówię że nie do pracy tylko turystycznie… Mówi, że jest zimno, tylko pięć stopni. A ja mu, że u nas minus dwa i śnieg pada. Lekko go otrzepało. Zastanawiałem się czy nie powiedzieć, że u nas białe niedźwiedzie chodzą po ulicach… Wyprowadził mnie ze stacji, pokazał gdzie kupić bilet.
Ale niestety automat nie wydawał reszty. A przecież nie zostawię mu pół funta. Na kramiku (tu też są…) zapytałem o rozmianę. Nie trzeba coś kupić. A co za 50p? batony — kupiłem Marsa. Jeszcze jego 3/4 leży na półce nad monitorem. Kupiłem bilet, a potem nerwowe szukanie przystanku. I te napisy na podłodze, tfu, na jezdniach. Look right. Look left. Chyba dla ludzi z kontynentu, żeby nie wchodzili pod koła. Fajna rzecz. I oczywiście chodzi się na czerwonym, no chyba, że się nie da. Nikt się nie przejmuje. A policja ma ważniejsze rzeczy do roboty. Znalazłem przystanek, ale opisany, że nieczynny. Ale ludzie stoją i mówią, że czynny. Przyjechał autobus, ale co z biletem? Pokazałem kierowcy (murzyn oczywiście), dobry, mogę jechać. Wszedłem oczywiście na górę. Autobus już nie ten stary z wsiadaniem z tyłu i otwartym wnętrzem, ale piętrowy. Miejsca z przodu były zajęte, ale się opróżniły, a że jechałem na końcowy, to mogłem poczekać i się przesiadłem. Leżały darmowe gazety. Też są. Ale na okładce zdjęcia jak z Faktu czy Super Ekspresu. W międzyczasie wsiadła młodzież, tak z 15 lat maksymalnie. Gwarna, jeden z chłopaków miał pasek od spodni na wysokości kolan prawie. Śmiali się, rozmawiali, rzucali pomiętymi gazetami. Na jednym przystanku ten chłopak wypatrzył przez okno znajomego. Jakoś przez uchylone okienko go dowołał. Ale potem telefon. I rozmowa językiem jeszcze mniej zrozumiałym niż cała grupa rozmawiała. Slang straszny. Przez okno widać dużo. Ruch spory. Ale nie ma tam tras takich jak Wisłostrada czy Łazienkowska, więc jeżdżą spokojniej — takie miałem wrażenie. Widok na miasto. No coś jest jak to miasto. Ulice wąskie — jak on tym autobusem się mieścił? Widziałem też jednych z nielicznych widzianych policjantów. Dojechaliśmy do stacji końcowej. Kierowca, aby nam to uświadomić mrugnął światłami pokładowymi.
Wysiadam. Wyjmuję wydrukowaną mapkę z położeniem celu. Idę. Spokojnie. Pusto. Jakieś małe sklepiki. Szkoła otoczona murem. Na ulicy z noclegiem na początku sklep i jak się później okazało biuro radio taxi. Oczywiście murzyni albo Arabowie (już nie pamiętam). Uliczka super. Docieram do celu. Dzwonię. Kuzyn pyta kto i otwiera. Wchodzę. Studio flat. Pokój, kuchenka i łazienka. Dostaję duuużo herbaty z syropem z Saintsbury i coś do jedzenia. Siedzimy. Gadamy. Wstępne plany na dzień jutrzejszy. Czas płynie. Spanie — na karimacie w „korytarzyku”. Zasypiam. Koniec dnia.
Jak mi się przypomni coś, to jeszcze uzupełnię…
lemiel@jabber.wp.pl
Komentarze:
trzeba było murzynowi powiedzieć o białych niedźwiedziach…;)
ten slang, który zrobił na Tobie takie wrażenie, to zapewne cockney…
a to Ci przygoda:)
Nie to nie był cookney raczej.
mea culpa w pisowni… a czy nie był ten to i tak bym nie odróżniła:D
A choroba wie jak to się pisze, napisałem jak mi się wydawało. Slang jak w Brooklynie. Nieczytelny.
ktoś mi opowiadał o kobiecie, która lata temu wyjechała z Polski i swoim celem życiowym uczyniła dostanie się do FBI...
co roku od kilku lat przechodzi śpiewająco przez wszystkie inne egzaminy i testy, i co roku oblewa slangi…
Poczekaj aż przyjdzie Ci się dogadać z kimś, kto potrafi poprawnie mówić po angielsku, ale nie musi, więc przeważnie nie praktykuje. Miesiąc zajęło mi zaprzyjaźnienie się z pewną panią w pewnym hw shopie na tyle, żeby zaczęła do mnie mówić ,,po angielsku’‘ i pełnym zdaniem, zamiast ,,whaa?’‘
ale Lemiel był tam rtylko mna weekend;) mówisz, że stracił swoją szansę...?;)
Nigdy nie mów nigdy? ;)
exactly!;)
nasz światowiec:)
Swietnie to opisales lemiel hehe. Myslalem ze nasz lotniska wygladaja troche lepiej… :)
Dobrze, że teraz mam troszkę czasu by przeczytać ;)
Trochę długi wyszło. Nie spodziewałem się, że aż takie będzie. I pewnie nie wszystkie uwagi spisane. Ale co tam, dla pamięci. A jeszcze dwa dni zostały. Może będą szybciej.
Uszy w samolocie najlepiej się odtykają, jak podczas startu i trochę po nim (tak do osiągnięcia wysokości na której potem samolot leci) się międli w ustach miętusy albo inne cukierasy – byle takie co długo się rozpuszczają. To wzmaga produkcję śliny, a podczas połykania odtykają się uszy.
Kiedyś nawet w jakimś samolocie mi rozdali małe landrynki, ale w większości przypadków trzeba mieć swoje ;)
Lemiel w Londynie, a ja nie wiedziałem!!!
Czuję się teraz jak ten facet, co się obudził ze śpiączki po 25 latach :D
Dodaj komentarz:
Możesz używać Markdown bez obrazków.