W tym roku z różnych powodów było u nas wcześniej. I już dawno jest po. Tuż po tym jak zaszło Słońce (około 15:35). Z reguły było to około osiemnastej. Ale ja nie o tym.
Kraj trochę rozciągnięty jest południkowo, w takim Gdańsku Słońce zaszło gdzieś około 14:15. O piętnastej pewnie było już ciemno i jakby nie było chmur, to pierwszą gwiazdkę byłoby już widać. A tu „u mnie”, na szerokości geograficznej północnej około 50° 6' 15", godzinę i dwadzieścia minut później. Jak to dziwnie się rozkłada. Dochodzą do tego elementy tego, że na kogoś się czeka, aż dojedzie, albo zwyczajowo zawsze jest to stała pora. A tu wszyscy i wszędzie pierwsza gwiazdka i pierwsza gwiazdka. Wieczerza? Obiad? A może obiadokolacja?
Jakoś to tak dziwnie. Z roku na rok coraz mniej tej wyczuwalnej atmosfery. Nawet do mnie się nie czepiają, że siedzę teraz przy kompie. Co prawda przy wigilijnym stole, ale oni się rozeszli do kuchni, czy innych pokojów i nawet na ciasto nikt nie ma ochoty po całym dniu bieganiny. (Wstałem o 11:30, więc może jakoś mniej to odczuwam?)
Filozoficzno-melancholijna myśl przewodnia tego wpisu, która przyszła do głowy podczas golenia, uciekła mi przy jedzeniu, późniejszym poprawianiu szablonu i formułowaniu uwagi odnośnie męczącej mnie w statystykach postaci permalinków joggerowych.
Życzę lepszego humoru, niestandardowych życzeń i spędzenia miło tych dni z najbliższymi. A ja idę posiedzieć z tatą w kuchni, bo mi idzie czwarty krzyżyk, a jemu ósmy… Będzie o czym pogadać.
Wesołych!