Wróciłem z imprezy firmowej. Fajnie było. W stylu lat siedemdziesiątych. Przylizałem sobie czuprynę żelem i zrobiłem przedziałek. Miałem (znaczy jeszcze mam do rana, bo go zgolę) wąsa zapuszczanego dwa tygodnie. Do tego krawat ZSMP, marynarka z przypinkami z ZSRR, oprócz popiersia Lenina i Igrzysk w Moskwie również Wilk i Zając. Oraz biała koszula, białe skarpetki i podwinięte spodnie, aby były przykrótkie, których raczej nie było widać, bo i tak nikt nie patrzył po stopach męskich, bo po dziewczyn to i owszem. Towarzysze z zespołu byli pod wrażeniem mojego stroju, a dodatkowo ktoś zauważył, że z wąsem jestem podobny do Adama Małysza…
(Przypowieść z przed paru lat: Wychodzę z klatki bloku na Chomiczówce, mijają mnie dwaj chłopcy w wieku 10-12 lat. A jeden z nich mówi: „Ty, Adam Małysz.”)
Przyszedłem później bo miałem drugą zmianę, to ominęły mnie przemówienia towarzyszy z KC. Ale potem był Krzyś Krawczyk na żywo, całkiem fajne kawałki śpiewał. No niestety, całą noc grać nie mógł, więc zastąpił go DJ, muzyka już od Grease do współczesnej. Dawno nie prześpiewałem całego „Mniej niż zero”, może ostatni raz dwadzieścia trzy lata temu na balu karnawałowym w pierwszej klasie? A potem przerwa na taniec w stylu lat siedemdziesiątych, krótki i nie do końca, ale oczywiście facetów pod scenę się zleciało pełno. A później tańce, hulanki i swawole. Trochę potańczyłem, z dziewczynami i tak luzem. Sporo tych dziewczyn w firmie jednak jest i większości z tych, z którymi tańczyłem nie widziałem wcześniej inaczej niż przelotnie, jeśli w ogóle. Tylko niektóre z tych większych siedziały, a chłopaków z połowa — nie nasze klimaty.
I tak sobie myślę, po co człowiek zatruwał sobie głowę tym, że nie umie tańczyć, a na dodatek rusza się jak kłoda. Wiadomo, Tańca z Gwiazdami bym nie wygrał, ale taki najgorszy nie jestem. A dziewczyny są takie same. I co najdziwniejsze, dobrze tańczy ta, po której byś się tego nie spodziewał. Ale to wszystko chyba wynik wcześniejszego mieszkania w dziurze i pokrętnych zainteresowań, bo wyrażanie się językiem literackim i dobrze wyartykułowanym jednak nie ma nic do tego. Czyli kompleksy.
Fajnie było!